Michał Malitowski: Z kim jest mylony?

Podziel się

Czternastokrotny mistrz Polski i dwukrotny mistrz świata w tańcach latynoamerykańskich. Uznany w świecie wykładowca i nauczyciel oraz od niedawna juror programu "Tylko taniec. Got To Dance".

Uważa, że nigdy nie jest za późno, by nauczyć się tańczyć. W rozmowie z Faktem Michał Malitowski (32 l.) opowiedział między innymi o pracy w nowym show Polsatu i swojej tęsknocie za Polską. Zdradził także, dlaczego nigdy nie żałował ani jednego dnia poświęconego na naukę tańca i co trzeba zrobić, by osiągnąć sukces na parkiecie.

Ma pan na koncie wiele sukcesów. Co poradziłby pan ludziom, którzy chcą w tańcu zajść daleko?
– Do sukcesu są bardzo strome schody. Oznacza to pracę, pracę i jeszcze raz pracę. Poza tym trzeba mieć wielką pokorę do sztuki tanecznej. Sukces można osiągnąć, ale poprzez wiele lat ciężkiej harówki. I oczywiście też talent, ale ten jest mocno przereklamowany, bo – jak mówię – na sukces trzeba zapracować. Talent to zaledwie mały procent!

Nigdy nie miał pan dość tej ciągłej pracy? Nie chciał pan zrezygnować?
– Nigdy. Czasem miałem ochotę zrezygnować z rywalizacji, bo ta wiąże się z ogromnym stresem, ale z tańca nigdy.

Nawet jak słyszał pan ostre słowa krytyki?
– Na pewno w tym zawodzie potrzeba wielkiej odporności psychicznej. Myślę jednak, że i sukcesy i porażki potrafią dobrze na nas wpłynąć. Zawsze starałem się w ten sposób do tego podchodzić.

Posiada pan kilka szkół tańca, w tym w Hongkongu. Czy planuje pan otworzyć coś w Polsce?
– Tak, mam takie plany. Podchodzę do tego jednak bardzo poważnie, nie chcę robić nic na łapu capu. Moja szkoła tańca w Hongkongu zajmuje się techniką „pro am”, której zasadą jest łączenie tańca amatora z profesjonalistą podczas indywidualnych zajęć. Jednak na pewno trzeba byłoby to przełożyć dokładnie na potrzeby polskiego rynku.

Mieszka pan w Londynie, podróżuje po całym świecie. Tęskni pan czasem za krajem?
– Tak. Zdarza się, że z dnia na dzień kupuję bilet i lecę do Polski. Albo zabieram Polskę do siebie, czyli ściągam rodzinę, przyjaciół.

Istnieje coś, co mogłoby sprawić, że rzuciłby pan taniec?
– Myślę, że nie. Myślę, że tyle już przeszedłem, tyle widziałem, że znam tego diabła już na wylot. Także nie ma takiej opcji!

Ma pan 30 lat. To dużo dla tancerza?
– Właśnie ciekawa sprawa, bo ten wiek zaczyna się ostatnimi latami wydłużać. Poziom życia się polepsza. Ja czuję, że wciąż się rozwijam, zmienia się moja ekspresja, wiele mnie uczą doświadczenia i trenerzy, z którymi współpracuję, i ja sam się ciągle się doskonalę. Także nie planuję jeszcze emerytury.

Czy taniec coś panu odebrał?
– Nigdy tego nie czułem. Wiadomo, że gdy w bardzo młodym wieku podchodzimy do jakiejś dziedziny profesjonalnie, to nie mamy tyle czasu, co nasi rówieśnicy. Ale trzeba wówczas zadać sobie pytanie – czy chciałbyś w tym momencie robić coś innego? Ja nie chciałem. Nie zmieniłbym ani jednego dnia. Jestem szczęśliwym człowiekiem.

Czy w programie „Tylko taniec. Got To Dance” zaskoczyło coś tak obytego w świecie tańca człowieka jak pan?
– Tak. Spodziewałem się różnorodności, ale nie aż takiej! Rozstrzał wieku też jest większy, niż sądziłem. Niesamowita jest pasja i odwaga tych ludzi w prezentowaniu jej. Zaskoczyło mnie też, że bardzo wielu ludzi z małych miejscowości, czasem z wiosek, ludzi, którzy nie mają takich możliwości na rozwój jak warszawiacy na przykład, wykonuje kawał dobrej, tanecznej roboty. Ci ludzie są niezwykli. Ich wola, chęć i miłość do tańca mnie zachwyciła. I różnorodność stylów, którymi się zajmują. Nie ma już tańca towarzyskiego, hip-hopu i baletu. Pojawia się taniec brzucha, taniec irlandzki, dziesiątki różnych stylów często sobą przeplatanych.

Uważa pan, że człowiek, który ma lat 40 czy 50, i trafia do takiego profesjonalisty jak pan, jest w stanie nauczyć się tańczyć?
– Jak najbardziej. Oczywiście będzie inaczej postrzegany niż zawodowiec. Jednak poprzez swoje życiowe doświadczenia taka osoba może wnieść wiele do tańca i tym nadrobić jakieś tam braki techniczne. W końcu emocja na parkiecie jest niezwykle ważna. Związek taneczny amator-zawodowiec, czy człowiek dojrzały-małolat to są relacje, z których uczą się i czerpią obydwie strony.

Kiedyś panował taki stereotyp, że taniec jest dziedziną niemęską.
– Nie wiem, czyje są to kompleksy, i kto te kwestie porusza. W moim przekonaniu jest zupełnie odwrotnie!

Na pewno ma pan już w Polsce swoje wielbicielki. Zdradzi pan, czy pańskie serce jest jeszcze wolne czy już zajęte?
– Następne pytanie proszę (śmiech).

Czy dzięki programowi Polsatu ludzie zaczęli pana w Polsce rozpoznawać?
– Tak, zdarza się. Czasem krzyczą za mną „o, Maserak!” (śmiech)

(fakt/BZe)

Polecamy w wydaniu internetowym fakt.pl:

Martyna Wojciechowska nie myła się 2 miesiące!

Polub WP Gwiazdy
Podziel się na Facebooku