Trwa ładowanie...
Materiał partnera

Zawodowiec w każdym calu. Od czego zaczęła się telewizyjna kariera Krzysztofa Ibisza?

Krzysztof Ibisz to człowiek instytucja, którego nie da się powiązać z jednym teleturniejem, ba – z jednym programem…

Share
Krzysztof IbiszKrzysztof IbiszŹródło: materiały partnera
d48v1py

Cała historia telewizyjnej kariery Ibisza zaczęła się dość przypadkowo od intensywnego kursu języka angielskiego w warszawskim Pałacu Kultury. "Uczyłem się języka, bo myślałem o wyjeździe na studia do Kanady – wspomina Krzysztof. – Ale od małego marzyłem też o pracy w telewizji, bo to medium, które najbardziej wpływa na ludzi, i już wtedy bardzo mi się to podobało. Na tym samym kursie była pani Bożena Walter. Zebrałem się na odwagę i podszedłem z pytaniem, czy nie ma przypadkiem dla mnie jakiejś pracy. Popatrzyła na mnie, pomyślała, po czym powiedziała: »Wymyśl coś«".

Walter była wtedy m.in. autorką młodzieżowego programu "Klub Yuppies" w telewizyjnej Jedynce. Ibisz zaproponował, że będzie jeździł z kamerą i nagrywał krótkie filmy z życia uczniów różnych szkół. Wypadło to dobrze, więc chwilę później padła propozycja, by do tego samego programu przygotować też prosty quiz na zasadzie pytań i odpowiedzi.

"W jakimś sensie to był właśnie pierwszy teleturniej, jaki prowadziłem – żartuje dziś Ibisz.

d48v1py

– Był rok 1992. Ta część trwała zaledwie około 10 minut, ale taki był początek".

W rezultacie studia w Kanadzie poszły w odstawkę, a zaczęła się niezwykła ekranowa kariera Ibisza, która trwa do dziś.

"Tak szczerze mówiąc, z tym pierwszym prowadzeniem quizu na ekranie to też nie było takie proste i oczywiste – dodaje Ibisz. – Pierwotnie miałem tylko pisać pytania oraz zza kamery pilnować zabawy redakcyjnie. A ponieważ pracowałem wtedy również w Teatrze Studio, pani Bożena poprosiła, bym zapytał kolegów, czy któryś z nich nie chciałby tego poprowadzić. Tam byli przecież Wojciech Malajkat, Zbyszek Zamachowski, Wiktor Zborowski, Piotr Polk, Zbigniew Suszyński – cała plejada już uznanych lub wschodzących gwiazd. Niestety, pytałem, a oni odmawiali. Prowadzenie quizu dla młodzieży kojarzyło im się z tym, że jako »poważni« aktorzy nie dostaną później »poważnych« ról. Dziś już tak nie jest, ale wtedy tak to postrzegano. Więc pani Bożena zaproponowała, bym spróbował zrobić to sam".

Wypadło dobrze i Ibisz został na Woronicza. Kolejne programy to kultowe "5-10-15" oraz następny, bardzo prosty jak na dzisiejsze standardy teleturniej "Pomidor", a potem słynny "Czar par", który sprawił, że mało znany wcześniej Ibisz stał się szybko wielką gwiazdą i specjalistą od prowadzenia dużych, barwnych, skomplikowanych widowisk.

Krzysztof Ibisz materiały partnera
Krzysztof Ibisz Źródło: materiały partnera

Za wszystkimi tymi programami kryła się Walter. "Czar par" Ibisz prowadził razem z aktorką Hanną Dunowską, która zmarła w 2019 r. Nagrania były realizowane na Woronicza w kompleksie dawnego Radiokomitetu, ale już nie w części telewizyjnej, lecz radiowej, w Studiu Koncertowym Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego.

d48v1py

Powód był bardzo prosty – formuła programu, w którym rywalizowały ze sobą aż 54 pary, wymagała olbrzymiej przestrzeni, a w tym wypadku nawet największe studio TVP okazało się zwyczajnie za małe. Program, stanowiący połączenie teleturnieju z wielkim telewizyjnym widowiskiem, był pierwszym w Polsce tego typu ekranowym show, który przetarł szlaki dla późniejszego "Tańca z Gwiazdami". Miał świetną porę emisji w soboty o 22.00 i przyciągał tłumy. Równie atrakcyjna była główna nagroda.

W finale pierwszej edycji państwo Skrętni wygrali dom i mercedesa! Pierwsza seria miała odcinki oglądane chętniej niż główne wydanie "Wiadomości". Udział w rynku sięgał 60 procent widzów i nikomu nie przeszkadzało, że na wynik rywalizacji trzeba było czekać równo rok, każdy z 12 odcinków emitowany był bowiem tylko raz w miesiącu.

JAK PRYSKAŁ CZAR PAR

"Czar par" miał różne opinie. W 1993 r. wielu krytyków uważało, że to przaśna rozrywka. Paweł Piotrowicz pisał tak: "Pomysłodawczyni Bożena Walter wspólnie z prowadzącymi Hanną Dunowską i zwłaszcza Krzysztofem Ibiszem zaserwowali widzom rozrywkę, która może się kojarzyć co najwyżej z weselnymi oczepinami… Wielomilionowa publiczność pędziła jednak przed telewizory jak na discopolowy koncert do remizy strażackiej". Widzowie, głosując pilotami do telewizorów, mieli zupełnie inne zdanie, podobnie jak zawodnicy, którzy na castingi ciągnęli tłumami. Do zdobycia było dosłownie morze nagród, bo oprócz nagrody głównej w finale na poszczególnych etapach rozgrywek były jeszcze telewizory, wycieczki, sprzęt AGD albo po prostu pieniądze. By wygrać cokolwiek, pary musiały tańczyć, śpiewać, malować, budować drzewo genealogiczne swojej rodziny, gotować itp. Drugą edycję wygrali państwo Trusewiczowie, trzecią oficjalnie Kornalewiczowie, ale tu już coś poszło nie tak.

W finale trzeciej edycji, ostatniej prowadzonej przez Ibisza, uczestniczyły dwie pary: obok Kornalewiczów także państwo Maronowie. W telewizji do samego końca obie rodziny szły dosłownie łeb w łeb i nikt nie wiedział, kto wygra. W nagrodach przewagę mieli Maronowie, bo bijąca wtedy rekordy popularności wśród prasy dla kobiet "Przyjaciółka" ogłosiła plebiscyt na najpopularniejszą parę programu. Tygodnik był patronem prasowym "Czaru par", a do wygrania w plebiscycie m.in. polonez oraz wycieczka na Wyspy Kanaryjskie. Głosowały miliony, Maronowie zdobyli poparcie ponad 200 000 czytelników oraz czytelniczek i w zamian pojechali w świat. Mieli też własną okładkę w "Przyjaciółce". Wszystko to sprawiło, że na ulicach rozpoznawali ich przypadkowi ludzie, w teleturnieju jednak obie pary były na tym samym poziomie z taką samą liczbą punktów.

d48v1py

By rozstrzygnąć, kto jest lepszy, w finale "Czaru par" zaaranżowano… inny teleturniej!

Maronowie oraz Kornalewiczowie zagrali w "Wielkiej Grze". Prowadziła osobiście Stanisława Ryster. Nagrody były znów rekordowe: mieszkanie, nowiutki seat, wycieczka do Stanów Zjednoczonych. I tu relacje obu rodzin zaczynają się delikatnie różnić. Według Maronów obie pary umówiły się, że bez względu na wynik podzielą się nagrodami. Formalnie wygrali Kornalewiczowie, na podium weszła cała czwórka, razem też triumfalnie odjechali spod gmachu TVP wygranym samochodem. Widziały to miliony, nagranie do dziś krąży po sieci i każdy może je sobie odtworzyć. Fundator mieszkania w Łodzi, znany deweloper, zgodził się zamienić nagrodę na równowartość w gotówce, by łatwiej było wszystko podzielić.

To, co działo się dalej, prześledził po latach dziennikarz Onetu Maciej Stańczyk i opisał w relacji o wymownym tytule "Jak pryskał czar par?". Maronowie twierdzą, że już kilka tygodni później Kornalewiczowie przestali odbierać telefony. Kornalewiczowie zaprzeczają, ale nie chcą wracać do sprawy. W 1996 r. Maronowie w Sądzie Wojewódzkim w Zielonej Górze (Kornalewiczowie mieszkali w tamtej okolicy) złożyli pozew, powołując się na publiczne przyrzeczenie podziału nagród, ale później, nim doszło do pierwszej rozprawy, swoje oskarżenia wycofali. W rezultacie do podziału nigdy nie doszło, a "Czar par", po finale 27 stycznia 1996 r., zszedł na wiele lat z telewizyjnej anteny.

Mimo mało sympatycznego finału Maronowie w trakcie "Czaru par" połknęli jednak bakcyla telewizyjnych gier, a może po prostu poczuli urok popularności oraz telewizyjnych wystąpień. Dariusz Marona zagrał później m.in. w "Życiowej szansie", "Awanturze o kasę" i "Grze w ciemno", a Renata Marona np. w "Gilotynie", prowadzonej przez Romana Czejarka. Dziś prowadzi popularny kanał na YouTubie Kuchnia Renaty, gdzie obserwuje ją 360 000 osób. Bez wątpienia największym wygranym "Czaru par" był Ibisz, dla którego program okazał się trampoliną do dalszych sukcesów.

"W 1997 r. przeszedłem do Telewizji Wisła, która potem stała się częścią TVN. Tam miałem kolejny teleturniej, który sam wymyśliłem. Nazywał się »Wszystko albo nic«. Po nim była »Gorączka złota«, wielkie widowisko na żywo emitowane w soboty – opowiada Ibisz. – Gdy zakończyłem pracę w TVN, otworzyłem agencję reklamową.

d48v1py

Nawet nieźle szło, ale zadzwonił do mnie szef ATM Tomasz Kurzewski i zaprosił na casting do teleturnieju »Życiowa szansa«. Wcześniej było tam już kilka osób, ale trochę im nie szło, więc ktoś pomyślał o mnie jako o prezenterze ostatniej szansy. Udało się i tak w 2000 r. trafiłem do Polsatu. I chyba wtedy tak na serio rozpoczęła się moja kariera prowadzącego kolejne teleturnieje".

Fragment książki Romana Czejarka "Kultowe teleturnieje", Wydawnictwo Słowne, 2021

Materiał partnera
d48v1py
d48v1py
d48v1py