Trwa ładowanie...

Rockowa energia w najczystszej postaci. Red Hot Chili Peppers dali w Warszawie ekstatyczne show

Warto było czekać na ten wieczór. Red Hot Chili Peppers wrócili nad Wisłę. W legendarnym składzie i szturmem wzięli Stadion Narodowy. Zafundowali spektakularny koncert i potężne wyładowanie rockowej energii.

Red Hot Chili Peppers dali w Warszawie energetyczne showRed Hot Chili Peppers dali w Warszawie energetyczne showŹródło: EAST_NEWS
dlwniac
dlwniac

Zaczęło się, delikatnie mówiąc, niefortunnie. Wczesnym wieczorem chmury zawisły nad Warszawą i zapowiadało się na porządną ulewę. Dość powiedzieć, że pierwszy z występujących zespołów nie miał przez to szczęścia. Dach stadionu narodowego pozostał otwarty (co było wymagane przy masowej imprezie) i w efekcie na płycie szybko zaczęły się tworzyć wielkie kałuże. Służby porządkowe dokładały starań, żeby zapanować nad sytuacją. Na szczęście pogoda zaczęła się poprawiać.

The Mars Volta przygotowali porządną rozgrzewkę przed "głównym daniem", choć wśród zebranych nie brakowało głosów, że wybór akurat tej grupy na support był... dość dziwny, czy raczej niecodzienny, zważywszy na stadionowy charakter koncertu.

Zdziwić mógł także fakt, że występ gwiazdy wieczoru poprzedzał Iggy Pop. Iggy, który sam jest chodzącą legendą i gwiazdą rocka potężnego formatu. Jemu jednak taka pozycja podczas warszawskiego koncertu zdawała się wcale nie przeszkadzać (niewątpliwie ze względu na zażyłość z Kalifornijczykami - Flea chociażby wystąpił w jego najnowszym dokumencie).

Slash: "Ludzie mówili mi, żebym porzucił gitarę"

Co więcej - ta pozycja pozwoliła dać upust niespożytej energii i dać doprawdy ekstatyczny koncert. Inny od znakomitego show, który dał niecały rok temu na OFF Festivalu. Przede wszystkim krótszy (trwał nieco ponad 40 minut) i bardziej skondensowany. Oszczędny w wizualnych środkach (w porównaniu do późniejszego widowiska Red Hot Chili Peppers). Ci, który mieli okazję zobaczyć Popa właśnie na OFF-ie, doskonale wiedzieli, że 76-letni już muzyk jest najlepszą personifikacją miłości, czy raczej - celebracji życia. "Lust for life", które także wybrzmiało na Narodowym, jest niewątpliwie jego życiowym mottem.

W Katowicach mówił: "niedługo umrę, ale do tego czasu mam zamiar się cholernie dobrze bawić". W Warszawie Iggy dowiódł, że nie rzuca słów na wiatr. Tańczył, skakał, kokietował. I przede wszystkim - serwował fanom przebieżkę przez największe przeboje. Podobnie jak na festiwalu, rozpoczął od "Five Foot One" i "TV Eye". Później zaś nie mogło zabraknąć "The Passenger" - tu śpiew refrenu wraz z publiką niósł się po całym stadionie. Zaserwował także "Raw Power" i "I Wanna Be Your Dog". "Frenzy" (ze świetnej najnowszej płyty "Every Loser") zdało sceniczny egzamin, nie ustępując kroku starym hitom. W finale "Search and Destroy" - rozbudowane i rozbuchane tak, że wywołało niemałą ekstazę. I nawet kiepska akustyka stadionu nie była w stanie zniszczyć tego występu.

Anthony Kiedis i Flea East News
Anthony Kiedis i FleaŹródło: East News, fot: ANGELA WEISS

Po tym, jak Iggy zostawił po sobie pewien niedosyt, przyszła pora na wspomniane "danie główne". Koncert Red Hot Chili Peppers Flea, Chad Smith i John Frusciante otworzyli widowiskowym jamem. I w końcu dołączył do nich Anthony Kiedis, by z impetem rozpocząć wieczór od "Around The World". Dał jasno do zrozumienia, że ma zamiar zafundować jazdę bez trzymanki. Ku uciesze publiki zaraz popłynęło wdzięczne "Zephyr Song". I chociaż początek zręcznie umieścił zebranych w dobrze znanym klimacie, to zdecydowanie nie był to wieczór pod znakiem "the best of" - przynajmniej nie w dosłownym znaczeniu.

dlwniac

RHCP nie wyciągali swoich największych hitów niczym królików z kapelusza, ale znanych brzmień nie brakowało. Na przykład urokliwego "Snow" - choć śpiewanie o śniegu w pierwszy dzień astronomicznego lata było dość zabawnym pomysłem.

Flea East News
Flea Źródło: East News, fot: Invision

Zagrali kilka mniej oczywistych numerów - takich, jak chociażby "Don’t forget me". I trudno będzie zapomnieć o tym koncercie, skoro panowie zafundowali prawdziwe perełki - "Soul To Squeeze" i "Me And My Friends". I "Otherside" - absolutną gratkę. Nie zapomnieli także o swoich najnowszych dokonaniach – w końcu przecież są w trasie promującej dwa ostatnie albumy, "Unlimited Love" i "Return of the Dream Canteen". Najnowsze utwory serwowali jednak bardzo oszczędnie - choć nieźle wybrzmiały "Here Ever After" i królujący w ostatnim czasie "Black Summer", który prawdopodobnie pozostanie już koncertowym pewniakiem i kolejnym z evergreenów.

Skoro o "Evergreenach" mowa, to nie mogło rzecz jasna zabraknąć "Californication" (z potężnym chórem widowni) i znakomitego "By The Way" w finale, który był prawdziwym elektryzującym wyrzutem energii kalifornijskiego bandu.

Anthony Kiedis East News
Anthony Kiedis Źródło: East News, fot: Invision

Warto podkreślić, że grupa jest w znakomitej formie. Prawdopodobnie - najlepszej od lat. Dowodem na to było rozpasane "Give It Away" na bis. Tym, którzy być może nie mieli szczęścia do poprzednich koncertów, odczarowali poprzednie wrażenia warszawskim występem. Choć i tak zaskakująco krótkim, bo liczącym niecałe dwie godziny. Z zespołem o takim dorobku chciałoby się zostać znacznie dłużej. I chciałoby wykrzyczeć "Can’t Stop". Niedosyt z pewnością jest, bo można by wymienić jeszcze sporo koncertowych hitów, które mogłyby także wybrzmieć tego wieczora.

dlwniac

W zasadzie - można pokusić się o stwierdzenie, że obecną trasą robią prezent jednocześnie sobie i fanom. W końcu to ich pierwsza po powrocie Johna Frusciante na łono zespołu. Związek gitarzysty z bandem może i jest burzliwy (gitarzysta zaliczył kilka rozstań i pojednań), ale nie ma wątpliwości, że grupa potrzebowała tego powrotu. Nie ma też wątpliwości, że cały kwartet łączy miłość. Braterska miłość. Zobaczyć ich w takiej atmosferze, w takiej formie i w legendarnym składzie - powiedzieć, że to przyjemność, to jak nic nie powiedzieć.

Zwłaszcza, że widowiskiem na Narodowym dali fanom wszystko, czego mogli od nich oczekiwać. Szaleństwo na scenie i znakomite show, (świetne także wizualnie) od którego stadion drżał w posadach. Perkusyjną ekwilibrystykę Chada Smitha, przyspieszający tętno, pulsujący bas Flea (i rzecz jasna jego cyrkowe niemal pląsy i wyskoki), oraz imponujące gitarowe solówki i wokalne popisy Johna Frusciante.

Red Hot Chili Peppers East News
Red Hot Chili PeppersŹródło: East News, fot: Invision

Co do Anthony'ego Kiedisa, pewnie można byłoby się przyczepiać, że to już nie ten wokal, co kiedyś, ale nadal brzmi bardzo dobrze. Trzeba też oddać, że wybitnym wokalistą nigdy nie był - ale i nigdy się na takiego nie kreował. Bo siłą Anthony’ego Kiedisa jest nie tylko aksamitny głos, ale jego zmysłowość i niezaprzeczalna charyzma. I kondycja! Na takie sceniczne wygibasy, jak podczas tego koncertu, trzeba mieć solidną. Dawał z siebie wszystko – nie tylko dotrzymywał kroku kolegom, ale co chwila podkręcał już i tak niezłe tempo. I tutaj należy docenić go podwójnie, bo szalał ze stabilizatorem na nodze. Kilka razy musiał odpocząć (rwąc tu i ówdzie ciągłość występu), przez co aspekt popisów spoczywał na basiście, ale w tej sytuacji nikt nie powinien mieć tego za złe.

dlwniac

Na koniec łyżka dziegciu – niestety, trudno szukać mniej fortunnego koncertowego miejsca niż Stadion Narodowy. Tak, stwarza sporo możliwości i tak, pomieści kilkunasto-, czy nawet kilkudziesięciotysięczną publiczność. Ale o ile Red Hot Chili Peppers to zespół, który na stadionowych koncertach sprawdza się wyśmienicie, tak Stadion Narodowy koncertowo nadal nie zdaje egzaminu. Niestety – nawet, mimo iż przerywniki w postaci bardzo udanych jamów wprowadzanych przez Flea, Smitha i Frusciante przebijały się dźwięcznie przez raz po raz pojawiający się pogłos - i tak zdarzały się momenty, że na trybunach (prawdopodobnie też na płycie) zamiast ściany dźwięku słychać było kakofonię.

Nie mówiąc o tym, że chwilami trudno było zrozumieć muzyków zwracających się do widowni. Szkoda, bo praktycznie każdy z nich raz po raz dawał wyraz swojej miłości. Fani odpłacali im za każdym razem z potężną nawiązką. Dodatkowo muzycy nie omieszkali podziękować Polakom za pomoc Ukrainie. - To niesamowite, że tak się zaopiekowaliście waszymi braćmi - mówił Kiedis. Flea zaś wystąpił w żółto-niebieskim stroju.

Podsumowując to, co się działo na Narodowym, trudno o gorętsze rozpoczęcie lata. Było sentymentalnie, było wzruszająco, wreszcie - radośnie i bardzo, bardzo energetycznie. Jak przystało na Red Hot Chili Peppers. Bo Papryczki nadal są "red hot". To nadal niemożliwie rozbrykana banda. Mimo że (w większości) z sześćdziesiątką na karku...

dlwniac

W najnowszym odcinku podcastu "Clickbait" masakrujemy szokującego i rozseksualizowanego "Idola" od HBO, znęcamy się nad Arnoldem Schwarzeneggerem i jego Netfliksowym "FUBAR-em" i, dla równowagi, polecamy najlepsze seriale wszech czasów. Możesz nas słuchać na Spotify, w Google Podcasts, Open FM oraz aplikacji Podcasty na iPhonach i iPadach.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl
dlwniac
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
dlwniac