Trwa ładowanie...

Robert Gawliński: W latach 90. niosła nas dzika twórczość. Wierzyliśmy, że będzie lepiej

- Chyba coraz częściej myślę o tym, ile to wszystko jest warte. Lata 90. miały swój niepowtarzalny urok. I faktycznie, jeśli artysta sprzedawał płyty, to był bogaty. Jeśli nie sprzedawał, nie był. Ale los pisze różne scenariusze. My w pewnym momencie też byliśmy krok od bankructwa, a media nazywały mnie królem Midasem - mówi Robert Gawliński, wspominając ostatnich 30 lat. Punktem wyjścia do retrospektywy jest 30-lecie Wilków i płyta "Wszyscy marzą o miłości".

Share
Robert Gawliński opowiada o ostatnich 30 latach pracy twórczejRobert Gawliński opowiada o ostatnich 30 latach pracy twórczejŹródło: Materiały prasowe
d31p7f5

Urszula Korąkiewicz: Wilki kończą 30 lat, a wasza płyta to podróż w lata 90. Skąd ta chęć do powrotu do młodości?

Robert Gawliński: Chcieliśmy wrócić sentymentalnie do lat 90., ale muzycznie pokazać ten okres na świeżo. W Polsce to był naprawdę wspaniały czas dla muzyki: artyści napieprzali równo, grali to, co im grało w sercach, mówili o rzeczach istotnych. To był okres wolności artystycznej, dzikiej twórczości i myślenia, że będzie jeszcze lepiej. To naprawdę był czas nadziei. Wszyscy myśleliśmy o tym, że za chwilę dogonimy Niemcy, a później to już zostanie nam tylko Ameryka.

A potem?

Zaczęliśmy jeździć do Ameryki i Niemiec. Graliśmy tam koncerty i zdaliśmy sobie sprawę, że przed nami jeszcze naprawdę długa droga. Cała ta retrospekcja jest naprawdę ciekawa. Mam już praktycznie 59 lat i przyznam szczerze, że po tych ostatnich 20 wcale mi się tak ani Stany, ani Niemcy nie podobają. Myślę, że nie doceniamy tego, co mamy.

d31p7f5

Ale jednak przeprowadzka do Stanów była kusząca. Sam wspominasz, że ostatecznie postanowiliście zostać w Polsce. Nie żałowałeś tej decyzji?

Rzeczywiście, poważne rozważaliśmy, żeby zostać w Stanach. I myślę, że ten okres około 1996 r. to był sensowny moment, w którym mogliśmy to zrobić. Wilków wówczas właściwie już nie było, a chłopcy mieli cztery, może pięć lat, więc jeszcze sporo czasu, żeby się zasymilować przed pójściem do szkoły. Zachłysnęliśmy się Ameryką, kiedy jeszcze przylecieliśmy koncertować z Wilkami. Ale dopiero następnym razem mieliśmy z Moniką poczucie, że możemy się zmierzyć z tym amerykańskim titanikiem.

Postanowiliśmy się zatrzymać u naszych przyjaciół w Los Angeles - Łukasza Bielana, znakomitego operatora filmowego i Karoliny, która zajmuje szczególne miejsce w "Baśce". Mieliśmy konkretne plany, wiedzieliśmy już, że żeby tam zamieszkać, trzeba mieć 1,5 miliona dolarów na kupno domu przy plaży. Mieliśmy już upatrzony jeden, na punkcie którego zwariowaliśmy.

Dysponowaliśmy takimi funduszami, więc naprawdę byliśmy o krok od przeprowadzki. Łukasz wprowadził mnie nawet w swoje międzynarodowe towarzystwo, z którym nagraliśmy teledysk do "Mamy tylko chwilę". Spędziliśmy w tej ekipie wspaniały czas. Co więcej, podczas jednej z imprez słuchaliśmy bardzo ciekawego jazzowego składu. Odważyłem się z nimi poimprowizować i zaśpiewać. W efekcie zaproponowali mi, bym dołączył do nich na stałe.

d31p7f5

Ale mimo to wróciliście.

Wiele nam sprzyjało, ale w końcu dopadły nas myśli, że musielibyśmy sobie radzić zupełnie sami, z daleka od rodzin, bliskich, z którymi byliśmy bardzo zżyci. Z czasem też te przepaści pomiędzy Zachodem a Polską zaczęły się zacierać. A my - zdecydowaliśmy się wrócić. Co więcej - wyprowadzić na wieś ze względu na alergie, których się nabawili chłopcy. Najzwyczajniej wybraliśmy spokój. W Stanach nadal mam przyjaciół, w tym pewnego Neila, który działa z nowojorską bohemą i od czasu do czasu się odzywa. Taka współpraca by mnie interesowała, więc od czasu do czasu, kiedy dopadnie mnie szczególny nastrój, ciut, ciut żałuję. Ale naprawdę odrobinę.

Wilki w obecnym składzie Materiały prasowe
Wilki w obecnym składzieŹródło: Materiały prasowe

A jak to było w Polsce? O zarobkach muzyków też nieraz krążyły legendy.

Lata 90. miały swój niepowtarzalny urok. Nie było internetu i serwisów streamingowych, łatwiej było utrzymać się z muzyki, ten sukces był bardziej mierzalny. Ale fakt jest taki, że kiedy artysta sprzedawał płyty, to był bogaty. Jak nie sprzedawał, nie był. A dziś trudno to określić. Poza tym w życiu się różnie plecie. My też w pewnym momencie byliśmy krok od bankructwa, choć nikt by się tego po nas nie spodziewał. Najbardziej bawiło mnie, że w mediach jestem zwany królem Midasem, bo czego się nie tknę, zamieniam rzekomo w złoto. No właśnie: rzekomo.

d31p7f5

A jakie są Wilki po 30 latach, po przejściach, wzmocnione młodą krwią?

Myślę, że moi synowie fajnie się z nami zintegrowali. Maciek Gładysz poświęcił Beniaminowi mnóstwo czasu i stał się jego mentorem. To za jego sprawą Benio trafił do zespołu. Maciek jakiś czas temu w krótkim okresie miał śluby dwóch córek. Wiedzieliśmy, że przynajmniej przez miesiąc nie będzie mógł z nami koncertować. Poprosiłem go, żeby wskazał zastępstwo. Stwierdził więc, że przygotuje Benia, pokaże wszystkie tajniki i nauczy naszych patentów. To on był przekonany, że doskonale sobie poradzi.

Co więcej, kiedy Maciek do nas wrócił, chłopakom zaczęło brakować Benia. Po koncertach pytali mnie, czy nie mógłby wpaść na scenę i z nami pograć. Na początku twierdziłem, że trzech gitarzystów w Wilkach to będzie już szaleństwo i postawiłem warunek: Beniamin musiał się nauczyć grać na klawiszach. I tak zyskaliśmy nie tylko klawiszowca, ale i drugi głos w zespole. Czasami dołącza do nas dziewczyna Benia, Julia, która też gra i świetnie śpiewa, więc mam naprawdę mocny chórek.

A jeśli chodzi o Emanuela, postawił sprawę jasno i krótko: "Tato, też chcę grać w zespole". Przekonał mnie, że nauczył się grać na basie cały nasz repertuar i zagrał partię z "Here I Am", chyba najtrudniejszą w naszym dorobku. I cóż, musiałem zadzwonić do Marcina Ciempiela i powiedzieć: "Przepraszam cię, stary, ale drugi syn też chce grać z nami". Nie był szczególnie zadowolony, ale i dla mnie to była trudna decyzja. Cóż, przekonałem się, że takie jest prawo bliźniaków: jeśli zaoferujesz coś jednemu, drugi nie może zostać z niczym.

Ale wbrew pozorom to, że dzieci idą dokładnie śladami znanych rodziców, nie jest takie oczywiste. Nieraz muszą się najzwyczajniej zmierzyć z legendą i ciągłymi porównaniami.

Myślę, że jest im trudniej. Beniamin wprawdzie może fruwać w zespole – dogrywa barwy i ozdobniki do wiodących gitar, śpiewa chórki, gra na klawiszach. Rola Emanuela jest poważniejsza. Tworzy z Adamem Kramem sekcję, czyli serce zespołu. Nie licząc pandemicznej przerwy, gramy razem około dwóch lat i jestem niesamowicie dumny z postępów, jakie robi. Choć grać zaczął dość późno, bo dopiero po studiach. Obu moich chłopaków początkowo nie chwytało się muzyki.

d31p7f5

Emanuel studiował na AWF, pływał, trenował sztuki walki. Beniamin studiował grafikę komputerową, aż gdzieś na trzecim roku studiów przyszedł do mnie zdołowany mówiąc, że kompletnie tego nie czuje, że nie chce tworzyć potwornej ilości grafik i obrazów. Poprosił, żebym pożyczył mu jedną z gitar. I w końcu zaczął ćwiczyć, po 6, 8 godzin dziennie. W końcu stwierdził, że grać mógłby zawsze, czym przypieczętował swój los. Co ciekawe, kiedyś próbowali nawet pisać swoje teksty, własne bity, byli zafascynowani Fisz Emade. Ale - jak to młodym - gdzieś po dwóch latach im się znudziło. Musieli do grania dojrzeć.

Genów nie da się oszukać?

Możliwe. Widzisz, w pewnym momencie budzi się w człowieku pasja. Ja sam mojego muzykowania przez pierwszych kilka lat nie traktowałem poważnie. To była dla mnie przygoda, hobby. Wydawało mi się wtedy, że będę pisał książki. Miałem bogatą wyobraźnię, czytałem mnóstwo książek, uważałem, że to wymyślanie światów, zabawa słowem jest fantastyczne, ale nie miałem pojęcia o tym, że to ciężka, żmudna praca.

Ale kiedy dzięki Jackowi Perkowskiemu usłyszałem legendarny koncert U2 w "czerwonej skale", dotarło do mnie, jak wspaniała jest muzyka. Zapragnąłem tak grać, osiągnąć wyjątkowy poziom. Zaczęliśmy ćwiczyć po praktycznie 8 godzin dziennie, codziennie. Dla mnie to była średnia szkoła muzyczna, tam się wszystkiego nauczyłem. To, co przychodziło mi intuicyjnie podczas grania, tam dopiero zacząłem rozumieć: jak to działa, jak wygląda tworzenie harmonii, kompozycja, zabawa formą. Odbyliśmy fantastyczne muzyczne podróże.

I jak wspominasz, obserwujesz teraz podróże synów. Jedna z nich, "Podzielony świat", czyli piosenka Beniamina, trafiła na waszą płytę. Co więcej, to on występuje tu w roli wokalisty.

Kiedy pracowaliśmy nad płytą, mieliśmy w zasadzie osiem gotowych utworów. Chcieliśmy mieć pełną dziesiątkę. Powiedziałem chłopakom, żeby zaproponowali swoje numery, jeśli nad czymś pracują. Wysłał je tylko Benio. Z dwóch wybraliśmy jeden - "Podzielony świat". Mówiąc mniej poważnie, chciałem wesprzeć synka, który źle znosił okres pandemii.

d31p7f5

Zaczęliśmy wspólnie pracować nad tą piosenką i świetnie się przy tym bawiliśmy. Więc innym podoba się to lub nie, ale my się przy pracy nad tym utworem świetnie bawiliśmy. Postanowiliśmy go nagrać i pomyślałem, że skoro to numer Beniamina, to on powinien go zaśpiewać. Ja pomogłem mu tylko w dwugłosie w refrenach. Może się to komuś podobać lub nie, ale taką podjęliśmy decyzję. Uważam, że to naprawdę udany singiel.

A jeśli chodzi o twórczość synów, jesteś ostrym krytykiem? Co by powiedział oceniając ten numer Robert Gawliński w podobnym wieku, ten z lat 90.?

Co bym powiedział? To, co mówię mu teraz. My się ze sobą nie patyczkujemy. Powiedziałbym masz synu potencjał, wrażliwość, bardzo fajną barwę głosu, ale jeszcze dużo pracy przed tobą. Raczej powiedziałbym, że ten tekst mi się podoba, może jest trochę radykalny, ale za to na czasie, a takich mi brakuje wśród wypowiedzi artystów mainstreamowych. Więc w sumie, chyba poklepałbym go po plecach, powiedział: Masz fajny band, wykorzystuj to!

Merytorycznie, ale z czułością.

Bo ta nasza pyta jest naprawdę udana. I mówiąc szczerze, kiedy puszczałem ją przyjaciołom, krytykom, stwierdzali, że w zasadzie składa się z samych singli. Ma potencjał. A poza tym tytuł "Wszyscy marzą o miłości" wykorzystałem nie bez powodu. Chciałem uciec od problemów związanych z pandemią i bardzo trudnego czasu, w którym znalazł się cały świat. Chciałem uciec trochę w stronę różnych aspektów miłości. Właśnie o tym traktuje ten krążek.

Wilki świętują 30-lecie płytą "Wszyscy marzą o miłości" Materiały prasowe
Wilki świętują 30-lecie płytą "Wszyscy marzą o miłości"Źródło: Materiały prasowe

W "Duchach", szczególnej piosence z waszego nowego albumu, padają słowa, "gdy mówię, nikt mnie nie rozumie, gdy krzyczę to nie słyszy nikt". Czy przez tyle lat kariery czułeś się kiedyś niezrozumiany?

Oczywiście. Każdy człowiek ma nieraz taki moment. Ten wers odnosi się akurat do wielkiej miłości, która znika, odchodzi. Chodzi o trudny życiowy moment. Ale rzeczywiście, etap niezrozumienia trafił nam się, kiedy nagrywaliśmy płyty z Andrzejem Smolikiem. Krytycy się nimi zachwycali, ale słuchacze ich wcale nie kumali. Ludzie po naszych solowych koncertach, podchodzili do mnie i mówili: "Robert, no weź, mógłbyś już przestać grać to techno, wróć do Wilków albo chociaż do tego, co robiłeś solo na początku". Wtedy faktycznie, uważałem, że nikt mnie nie rozumie - ani kiedy mówię, ani kiedy śpiewam.

d31p7f5

O niezrozumieniu możemy mówić też w kontekście zamieszania, jakie wywołała twoja wypowiedź . Mogłoby z niego wynikać, że jednak skusiło was życie za granicą, ale zmienił się kierunek. I głośno zrobiło się o waszym greckim życiu.

Chcę zdementować krążące doniesienia, nadal jestem Polakiem, nie stałem się Grekiem. Do Grecji jeżdżę na wakacje, które w okresie bez koncertów potrafią się wydłużyć do czterech miesięcy. Przyjeżdżaliśmy tam od 15 lat, ułatwiliśmy to sobie, bo mamy tam własny dom. Przyjeżdżają do nas przyjaciele, dzieci, to jest wspaniałe. Uwielbiam tam wypoczywać i spędzać czas. Ale podkreślam: nie mam farmerskich zapędów. Owszem, zbieramy własne oliwki, ale nie na taką skalę, żeby nagle wychodzić z produkcją oliwy poza własny użytek. 

Dowcipny post o przebranżowieniu obnażył jednak pułapkę internetu – niepozorny żart może stać się całkiem realnym newsem.

Tak, ale ten chociaż doprowadził do śmiesznej sytuacji. Strasznie mnie to bawiło, bo na podobną reklamową kampanię musielibyśmy wydać jakąś niebotyczną kwotę. A tak wystarczył jeden news, żeby mieć rozgłos za darmo. Ale z drugiej strony dotarł do mnie inny krążący po sieci mit, że można do nas przyjechać. Że gdy tylko złapiesz z nami lepszy kontakt, z automatu dostajesz klucze i możesz tam u nas mieszkać. No nie: to nasza ukochana samotnia. Dla nas i naszych najbliższych.

Kończąc temat zmian, powiedz: dobiegając 60-tki, zbliżające się kolejne okrągłe urodziny traktujesz jako jakąś szczególną cezurę czasową?

Chyba coraz częściej myślę o tym, ile to wszystko jest warte. Rzeczywiście, te 60 lat, mówiąc otwarcie, to jest pewna granica. Owszem, skłania do różnych refleksji, ale przyznam ci szczerze, że życie zaczyna się po 50-tce. Kiedy dzieci wyfruwają z gniazda, kiedy jesteś już świadomym człowiekiem i możesz się w mądrzejszy, ale wciąż wspaniały sposób bawić życiem.

Płyta, "Wszyscy marzą o miłości", wydana z okazji 30-lecia Wilków, ukazała się 23 września nakładem wytwórni Agora Muzyka.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl
d31p7f5
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d31p7f5