Trwa ładowanie...
kiss
Sandra Hajduk
19-06-2019 09:43

KISS po raz pierwszy i ostatni zagrał w Polsce. Fani oniemieli, a w roli supportu wystąpił… malarz

45 lat kariery, hektolitry zużytych kosmetyków, dziesiątki skandali i status największych na świecie gwiazd rocka. Pożegnalna trasa koncertowa zespołu KISS miała być ukłonem w stronę wiernych fanów zwanych Armią Kiss, ale polski koncert miał nam dać coś jeszcze - zaspokojenie głodu, który przez dekady hodowali w sobie fani. Czy dostali to, czego chcieli?

KISS po raz pierwszy i ostatni zagrał w Polsce. Fani oniemieli, a w roli supportu wystąpił… malarzŹródło: Getty Images
d31o4iz
d31o4iz

Czasy zdecydowanie się zmieniły. Na rockowych koncertach fanki nie stoją już w kolejce pod tour busem, koncerty nawet największych gwiazd rocka nie są wydarzeniem sezonu, a akredytacje dziennikarskie służą głównie pojawieniu się na koncercie, a nie zwiedzaniu kulis i imprezowaniu z muzykami jak dawniej. Ubolewam zwłaszcza nad ostatnim z punktów, bo nie ukrywam, że bardzo liczyłam na pamiątkowe zdjęcie z Genem Simmonsem i Paulem Stanleyem - wiem, dość próżna i mało "dziennikarska" potrzeba, ale w przypadku tego zespołu próżność to nic złego.

Wręcz przeciwnie - KISS jako jeden z pierwszych zespołów zdał sobie sprawę z potęgi tzw. "wizualu" w świecie rocka i na nim oparł swoją wielkość. Później zresztą genialnie przekuł to w sukces marketingowy sprzedając dosłownie wszystko, na czym można umieścić logo zespołu - łącznie z… papierem toaletowym.

To, że rock’n’roll - jak swego czasu mówił Simmons - "został zamordowany", nie oznacza wcale, że jego duch nie ma się dobrze. We wtorek w krakowskiej Tauron Arenie zobaczyłam tysiące ludzi marzących o tym, by choć przez chwilę być częścią tego rock’n’rollowego cyrku, który fundują Amerykanie. A raczej fundowali, bo jeśli wierzyć ich zapewnieniom, to trasa End Of The Road naprawdę jest pożegnalną.

Getty Images
Źródło: Getty Images

Ekipa KISS nie boi się sięgać po nowoczesne rozwiązania i technologie jednocześnie będąc wierna przerysowaniu i nieco "oldskulowej" wersji scenicznego anturażu - jęzory ognia i wybuchy momentami aż do znudzenia przypominały, że KISS to konwencja - to rock’n’rollowy cyrk, w którym pierwsze skrzypce ma grać show.

d31o4iz

Na nie fani zespołu nie mogli narzekać. Członkowie grupy może nie są najwybitniejszymi instrumentalistami (choć bez wątpienia znającymi się na rzeczy), ale za to ponadprzeciętnymi "entertainerami". Na krakowskiej scenie Gene pluł krwią, Eric wraz z zestawem perkusyjnym uniósł się pod sam sufit, a nad głowami muzyków latały… statki kosmiczne. Nie zdradzę chyba jednak wielkiej tajemnicy, jeśli powiem, że duże grono fanów czekało na hit "I Was Made For Lovin’ You", który zna każdy. Nawet ci, którzy fanami KISS nigdy nie byli.

Muzycy mają świadomość popularności tego utworu, dlatego na End Of The Road Tour zadbali o jego wyeksponowanie - fantastyczny Paul Stanley (w rewelacyjnej formie zresztą) "przeleciał się" nad głowami kilkutysięcznego tłumu, by wykonać numer na pojawiającej się dosłownie spod ziemi scenie na środku areny. Dyskotekowe "I Was Made For Lovin’ You" musiało usatysfakcjonować każdego fana w Tauron Arenie - obecnych tam fanów 50 plus, millenialsów, nastolatki oraz małe dzieci - tak, kilkulatki również bawiły się na koncercie pod czujnym okiem rodziców. Jak możecie sobie wyobrazić, na widok latających statków kosmicznych i kolorowych wizualizacji reagowały entuzjastycznie.

Getty Images
Źródło: Getty Images

Muzycy z KISS zafundowali nam przekrój utworów z różnych okresów - były numery z wydanego w 2009 r. "Sonic Boom", hit "Detroit Rock City" z 1974 r. czy "I Love It Loud" z 1982 r. Fani zespołu po prostu nie mogli wyjść z areny zawiedzeni. Dostali to, czego po KISS można się było spodziewać.

d31o4iz

Odnotować warto również jeden szczegół, który - przynajmniej dla mnie, nieco zblazowanej fanki muzyki na żywo, która wiele już widziała - pozostaje istotny. Członkowie KISS może i gwiazdorzą poza sceną, ale na niej nie ma na to miejsca. Pełen profesjonalizm każe im wystąpić na scenie punktualnie co do minuty i nie wołać się na bis przez 30 minut.

To oni są największymi gwiazdami własnych koncertów, co zresztą widać było chociażby po supporcie, w którego roli wystąpił… artysta - malarz. Tak, żaden zespół nie otwierał wieczoru dla KISS. Muzycy zdecydowali się dać szansę Davidowi Garibaldiemu, który w czasie rzeczywistym przez pół godziny namalował 3 portrety wielkich rockowych ikon w rytm ich muzyki (w tym, oczywiście, portret członków KISS).

Ten zespół to samospełniająca się przepowiednia. Członkowie KISS od początku sami nazywali siebie największymi gwiazdami rocka i właśnie nimi są. Czy to klucz do ich sukcesu? Być może, ale jestem przekonana, że konsekwencja, upór, kreatywność i nie opieranie się chwilowym modom zapewniło tym muzykom nieśmiertelność w branży, którą może pochwalić się niewielu.

d31o4iz
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d31o4iz