Trwa ładowanie...
Artykuł sponsorowany

Powiew wielkiego świata, czyli teleturniej "Jaka to melodia"

Robert Janowski nie był pierwszym wyborem na prowadzącego "Jaka to melodia?" Po latach mamy szansę, by dowiedzieć się prawdy!

Share
Powiew wielkiego świata, czyli teleturniej "Jaka to melodia"Źródło: Unsplash.com
d402p1o

Z osobą Roberta Janowskiego mamy kilka podstawowych skojarzeń – obecnie jest zwycięzcą Polsatowskiego show "Twoja twarz brzmi znajomo", niezapomniany Jan z "Metra". Najbardziej znany jest jednak jako były prowadzący teleturniej telewizyjny "Jaka to melodia?". Nie wszyscy jednak wiedzą, że o niewiele brakowało, z przez te dwadzieścia lat, spędzone z nim, oglądalibyśmy kogoś zupełnie innego…

21 lat z plejadą największych europejskich artystów

Gdyby polskie teleturnieje mierzyć rangą i klasą odwiedzających je śpiewających gości, bez wątpienia najbardziej światowym okazałaby się "Jaka to melodia?". Kogo tutaj nie było! Plejada zagranicznych gwiazd to lista tak długa, że samo wyliczenie zajmuje co najmniej jedną stronę druku drobnym maczkiem. Nic w tym dziwnego, gdy weźmiemy pod uwagę wszystkie sezony oraz częstotliwość emisji. Przez 21 lat w słynnym Studiu nr 5 przy Woronicza 17 była cała czołówka artystów z europejskich list przebojów. Większość występów jednak, z przyczyn technicznych oraz ze względu na koszty, stanowiły playbacki lub półplaybacki. Nie zmienia to faktu, że nazwiska robią wrażenie.

"Kogo zapamiętałem najbardziej? – zastanawia się Robert Janowski. – Pamiętam, jak wymiatało dyskotekowe Alphaville. Rewelacyjna Bonnie Tyler poprawiała markujących grę gitarzystów, korygując układ dłoni na strunach. I sama śpiewała na żywo! Afric Simone, demonstrując niezwykłe umiejętności, podnosił zębami krzesło, czym wprawił w osłupienie operatorów za kamerami".

d402p1o

Jeszcze dłuższa jest lista polskich piosenkarzy i piosenkarek. Chyba można zaryzykować twierdzenie, że w "Jaka to melodia?" wystąpił każdy, kto liczył się lub chciał się liczyć na naszym muzycznym rynku. Nawet jeśli nie lubił takiej formy rozrywki, wiedział, że warto zacisnąć zęby, przyjść i zagrać. Stawką była wielomilionowa widownia przed telewizorami plus skojarzenie z dobrą zabawą, a to zawsze później procentowało.

Obok Janowskiego pojawiła się więc i Maryla Rodowicz, i Doda. Przed kamerami śpiewały Irena Santor, Alicja Majewska oraz Irena Jarocka, ale grali także Boys, Weekend i Bayer Full. Występowali też słynni tancerze. Ale jak w każdym tego typu programie, najważniejsi byli zawodnicy.

Janowski nie wzbudził entuzjazmu

Mało kto wie, że na początku prowadzący był zupełnie inny. Zorganizowano casting, na którym zdecydowanie najlepiej wypadł znany prezenter sportowy Maciej Kurzajewski. Miał świetną prezencję i bezbłędnie radził sobie z prompterem, czyli urządzeniem wyświetlającym tekst dla prowadzącego. "Jaka to melodia?" była kolejnym licencyjnym teleturniejem sprowadzonym do Polski zza oceanu i na starcie bardzo pilnowano, by wszystko było takie samo jak w oryginale, a w amerykańskiej wersji prowadzący program czyta napisany przez kogoś innego tekst. Janowski na castingu też był, lecz nie wzbudził entuzjazmu. "Kazali mi czytać do kamery te przygotowane formułki. To było sztuczne i nie w moim stylu. Powiedziałem, że nie po to kończyłem studia, by teraz czytać z kartki. Podziękowałem i wyszedłem" – opowiada.

Był rok 1997. Zarejestrowano pierwsze nagrania, zmontowano i pokazano projekt kilku osobom. Kurzajewski był perfekcyjny, ale coś w tym wszystkim cały czas nie grało.

d402p1o

Dziś trudno ustalić kto, ale znalazł się odważny, który powiedział wtedy zdecydowane "nie". Przecież w muzycznym teleturnieju prowadzący powinien umieć dobrze śpiewać!

  Unsplash.com
Źródło: Unsplash.com

I wtedy przypomniano sobie o Janowskim. Zrezygnowano z promptera, powtórzono próby, ponownie zmontowano pierwszy odcinek i już było widać, że jest zdecydowanie lepiej. Ale to nie był koniec zmian.

"Name That Tune"

W oryginalnej wersji teleturniej "Jaka to melodia?" jest starym amerykańskim show pt. "Name That Tune", co można przetłumaczyć jako "Nazwij tę melodię". Korzenie programu sięgają połowy XX w. Pierwsza emisja odbyła się w 1952 r. w… Radiu NBC, z założenia bowiem była to audycja radiowa, a nie program telewizyjny. Pomysłodawcą był dyrygent Harry Salter. Od zakończenia II wojny światowej Salter prowadził różnego rodzaju audycje, w których popularyzował muzykę. Sławę przyniósł mu emitowany od 1948 r. program o nazwie "Stop the Music". W pewnym sensie był to już pierwowzór późniejszego "Name That Tune". Zabawa w "Stop the Music" polegała na tym, że emitowano jakieś nagranie, a następnie telefonowano do losowo wybranego słuchacza z pytaniem, czy rozpoznaje melodię. Oczywiście dobra odpowiedź dawała nagrody i stanowiła przepustkę do kolejnych pytań. Nowy, prosty i zrozumiały dla każdego muzyczny konkurs okazał się wielkim sukcesem. Stacja, dla której pracował Salter, błyskawicznie zdeklasowała dzięki temu konkurencję. Sprawa stała się głośna, gdy pod ciosami popularności "Stop the Music" padł legendarny wtedy w Stanach Zjednoczonych "The Fred Allen Show". Ta radiowa komedia była nadawana od 1932 r. i niezmiennie cieszyła się wielkim uznaniem. Wydawało się, że nic nigdy nie przyćmi jej szczęśliwej gwiazdy, zwłaszcza że hojnym sponsorem programu (rzecz w Stanach Zjednoczonych wyjątkowo ważna) była sama Ford Motor Company. I wtedy nagle pojawił się "Stop the Music", doprowadzając w bardzo krótkim czasie do spektakularnego upadku "The Fred Allen Show"! Pisały o tym wszystkie gazety, pytając, kim jest Harry Salter. A on poszedł za ciosem, stworzył szybko "Name That Tune" i już w 1953 r. przeniósł konkurs do telewizji, słusznie widząc tam jeszcze większą szansę na duże pieniądze niż w radiu.

d402p1o

"Name That Tune" rozgrywany był w studiu, gdzie dwaj zawodnicy musieli kolejno rozpoznawać utwory grane przez orkiestrę. Zwycięzca pojedynku przechodził do finału zwanego "Golden Medley", czyli "Złota składanka". Jeżeli tu też wszystko dobrze rozpoznał, wygrywał 25 000 dolarów. Dziesięć lat po wojnie była to kosmiczna kwota, więc chętnych do programu nie brakowało. Później orkiestrę zastąpił zespół muzyczny i tak show z drobnymi korektami dotrwał do 1959 r., kiedy uznano, że jego możliwości już się wyczerpały. Licencję kupili wcześniej Włosi i Australijczycy, ale gdy Amerykanie zrezygnowali z teleturnieju, oni również zakończyli emisję.

Ponownie o "Name That Tune" przypomniano sobie dopiero pod koniec lat sześćdziesiątych. Amerykanie wznowili nadawanie programu w 1970 r. Główna nagroda wzrosła wtedy do fantastycznych 100 000 dolarów. Muzykę, jak za dawnych czasów, znów grała rozbudowana orkiestra, ale w niektórych bardziej współczesnych utworach dostała wsparcie w postaci kapeli rockowej. W tle za prowadzącym i zawodnikami pojawili się tancerze. Włosi i Australijczycy szybko wrócili do dawnej zabawy i także zaczęli realizować nowe odcinki. Wkrótce dołączyły do nich Brazylia i Wielka Brytania. Niestety z biegiem lat rozmach produkcji oryginalnego "Name That Tune" wyraźnie zmalał.

Rynek telewizyjny zapełnił się różnego rodzaju teleturniejami i gra polegająca na rozpoznawaniu popularnych melodii była już tylko jedną z wielu. Doszło do zaskakującej sytuacji, w której w latach dziewięćdziesiątych kolejne kraje kupowały od Amerykanów licencję i na jej podstawie robiły wielki show przypominający młode, najlepsze lata "Name That Tune", Amerykanie zaś dalej konsekwentnie upraszczali format i oszczędzali na następnych elementach. To dotyczyło również polskiej ekipy. "Pamiętam, jak pierwszy raz obejrzałem oryginalny amerykański program zza oceanu – wspomina dalej Janowski. – Teleturniej prowadził nobliwy starszy pan, zawodnicy byli w kabinach i kolejno rozpoznawali prezentowane w słuchawkach utwory. Bardzo to było statyczne i o żadnym wielkim show nie było mowy".

Prawa do "Name That Tune" na Polskę kupiła firma Media Corporation, której prezesem był Józef Węgrzyn, postać w telewizyjnym świecie znana i bardzo szanowana.

d402p1o

W latach siedemdziesiątych minionego wieku Węgrzyn był najpierw zastępcą redaktora naczelnego dziennika "Sztandar Młodych", a później naczelnym kultowego czasopisma "itd". Oba te tytuły stanowiły wyjątki na ówczesnym rynku. Rozchwytywany w całej Polsce "Sztandar Młodych" bił rekordy popularności, "itd" zaś było jednym z niewielu wydawnictw, które w epoce Gierka pozwalały sobie na samodzielne myślenie i publikowały dość odważne teksty. Dla młodych dziennikarzy praca w "Sztandarze" oznaczała popularność i niezłe pieniądze, a publikacja w "itd" dawała prestiż oraz poważanie w środowisku. I tu, i tam był Węgrzyn.

  materiały partnera
Źródło: materiały partnera

W 1980 r. Węgrzyn zmienił pracę i trafił do telewizji. Dla TVP był to jeden z przełomowych momentów. Po upadku ekipy Gierka, na fali strajków, zmian i pierwszej "Solidarności", na Woronicza w przyśpieszonym tempie żegnano się właśnie z propagandą sukcesu i rządami prezesa Szczepańskiego. Potrzebne były nowe pomysły oraz ludzie gotowi do ich realizacji. I tu Węgrzyn poczuł się jak ryba w wodzie. Bez wątpienia miał antenowego nosa. Intuicyjnie czuł, co przebije się na ekranie i kto może zostać wielką gwiazdą. To dzięki niemu pojawił się najpierw słynny "Teleexpress", a później "Panorama".

Po latach dominacji "Dziennika Telewizyjnego" nowy serwis robiony w efektownym, zachodnim stylu był olbrzymią sensacją. Prowadzący "Teleexpress" z przekorą mówili publicznie, że "osobowy" odjeżdża o 19.30 (stała pora "Dziennika Telewizyjnego", później "Wiadomości"), oni zaś są nową jakością. I rzeczywiście byli.

d402p1o

Węgrzyn poszedł za ciosem i po zmianach w programach informacyjnych ruszył na inne pole. Podglądał wielki świat, uważnie analizował, co w różnych krajach podoba się widzom. Gdy w 1985 r. na ekranach TVP pojawiła się zakupiona w Brazylii telenowela "Niewolnica Isaura", Polska oszalała. Węgrzyn zaproponował, by i u nas nakręcić podobny serial, i tak rozpoczęto prace nad pierwszą polską telenowelą "W labiryncie".

Premiera odbyła się w grudniu 1988 r. Oglądalność niektórych odcinków sięgała nawet 16 000 000 widzów! Węgrzyn to także m.in. pomysł na polskie telewizyjne Oscary, czyli wręczane od 1985 r. przez Akademię Telewizyjną prestiżowe Wiktory. W nowej Polsce, która urodziła się w 1989 r., Węgrzyn postanowił spróbować sił w prywatnym biznesie. W 1992 r. został prezesem firmy Media Corporation, której celem była produkcja programów telewizyjnych.

Pierwszy odcinek "Jaka to melodia?" TVP wyemitowała 4 września 1997 r. Autorem polskiej adaptacji był reżyser Zbigniew Proszowski. Swoją wizją powrócił do pierwotnego, wielkiego show "Name That Tune". Program miał przyćmić inne podobne produkcje bogactwem i rozmachem. I właśnie tak się stało! Byli tancerze, zagraniczni goście oraz największy atut, czyli znakomity śpiewający prowadzący Robert Janowski, bo właśnie ktoś taki był tu wtedy najbardziej potrzebny. W części źródeł, w tym w popularnej internetowej Wikipedii, można znaleźć informację, że pierwotnie prowadzącym miał być znany śpiewający aktor Jacek Borkowski. Jest w tym ziarenko prawdy, bo Borkowski zastąpił Janowskiego w czwartej serii w 2001 r., gdy ten przechodził ciężkie zapalenie płuc i fizycznie nie mógł brać udziału w nagraniach. W sumie chodziło o kilkanaście odcinków.

Lekarz z "Metra"

O Janowskim, niedoszłym lekarzu weterynarii z wydziału medycyny warszawskiej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, Polska usłyszała pierwszy raz w czasie sukcesów musicalu "Metro".

d402p1o

Janowski zagrał tam dosłownie pierwsze skrzypce, czyli wcielił się w główną rolę Jana. Jego partnerkami grającymi rolę Anki były wymiennie Katarzyna Groniec i Edyta Górniak. Wyreżyserowany przez Janusza Józefowicza musical z muzyką Janusza Stokłosy był olbrzymim sukcesem. Premiera odbyła się 30 stycznia 1991 r. w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Do dziś zagrano w sumie ponad 2200 spektakli "Metra". Obejrzały je łącznie 2 000 000 widzów! To rekord. Od musicalu "Metro" zaczęły się nie tylko wielkie kariery Górniak i Janowskiego, ale również Katarzyny Skrzyneckiej, Michała Milowicza, Doroty Rabczewskiej, czyli Dody, oraz Nataszy Urbańskiej. Janowski w "Metrze" grał przez osiem kolejnych lat. Zdobyta wtedy popularność przyćmiła praktycznie wszystko, co robił wcześniej. Dlatego mało kto pamięta, że był także aktorem oraz wokalistą zespołów rockowych. Nagrał kilka płyt, próbował też sił jako kompozytor, poeta i pisarz.

Niestety w estradowym świecie jest tak, że im większe ktoś odnosi sukcesy, tym więcej znajduje się chętnych, którym te sukcesy przeszkadzają. Podobnie było w wypadku teleturnieju "Jaka to melodia?". Do wielkiego triumfu nowego programu chciało się też podpiąć spore grono osób. Część z nich, jak łatwo się domyślić, z pracą przy produkcji nie miała zbyt wiele wspólnego. Dziś pracujących przy pierwszych seriach trudno namówić na wspomnienia. "Problem polega na tym, że mówiąc prawdę, nie da się uniknąć pewnych nazwisk oraz ich oceny, a ja nie chcę tego robić – tłumaczy dyplomatycznie Proszowski. – To były piękne czasy i niech już tak zostanie".

Fragment pochodzi z książki "Kultowe teleturnieje" Romana Czejarka, Wydawnictwo Słowne, 2021

Artykuł sponsorowany
d402p1o
d402p1o
d402p1o