Trwa ładowanie...
Pustki w halach, cisza w klubach. Koronawirus uderzył w branżę rozrywkową
Źródło: Getty Images, fot: Frazer Harrison
13-03-2020 17:38

Pustki w halach, cisza w klubach. Koronawirus uderzył w branżę rozrywkową

Do Krakowa nie przyjedzie Carlos Santana, branżowe imprezy przekładane są na jesień, klubowe parkiety mogą niedługo świecić pustkami. Koronawirus dla firm organizujących wydarzenia to jak dla państwa stan klęski żywiołowej.

Zakaz imprez masowych, czyli na ponad 1000 osób, wszedł w życie w środę.

To trochę jakby ktoś powiedział piekarzowi, że ludzie już nie potrzebują chleba. - Mamy do czynienia z sytuacją, w której z dnia na dzień znika rynek, na którym pracowałeś i budowałeś przez lata firmę - mówi zajmujący się między innymi konferencjami biznesowymi Szymon Pasaj, szef agencji Live Age.

W salach koncertowych, wielkich halach i na wypełnionych stadionach łatwo o zakażenie wirusem. Uderza to w organizatorów dużych koncertów czy wydarzeń branżowych. Ale pandemia ma wpływ też na mniejsze firmy, które coraz bardziej obawiają się bankructwa.

d2vfwh0

Organizatorzy i właściciele obiektów już przed ogłoszeniem przez rząd nadzwyczajnych środków rezygnowali z zaplanowanych wydarzeń. Czasem działo się to z dnia na dzień – jak w przypadku European Tattoo Show. Przez warszawskie Expo miało przewinąć się nawet 100 tysięcy fanów tatuażu, którzy dowiedzieli się o anulowaniu imprezy z zaledwie trzydniowym wyprzedzeniem. Według organizatorów była to decyzja właścicieli hali. W sprawie zaplanowanego na 17 marca krakowskiego koncertu Carlosa Santany interweniowały władze. Na dzień przed wprowadzeniem ogólnopolskiego zakazu o odwołaniu wydarzenia poinformował wojewoda małopolski. Na początku marca w Polsce zdążył zagrać jeszcze James Blunt. Frekwencja była jednak niewielka, a gliwicka Arena podczas jego koncertu w połowie świeciła pustkami. Organizatorzy mniejszych występów na razie nie panikują, a na niektóre z nich da się kupić jeszcze bilety.

- Śledzimy sytuację. Na razie widzę jednak, że w knajpach jest sporo ludzi, więc może i na moje koncerty ktoś przyjdzie - mówi Cyprian Buś, organizator niewielkich, klubowych występów artystów muzyki alternatywnej. Do połowy kwietnia ma zaplanowane trzy wydarzenia. Zazwyczaj przychodzi na nie około stu osób – dlatego zakaz ich nie obejmuje.

Źródło: Getty Images, fot: Frazer Harrison

Pustki na parkiecie

Nie wszyscy zachowują jednak aż taki spokój. Pustek na parkiecie obawia się Paulina Żaczek, właścicielka agencji Granko. Zajmuje się imprezami z muzyką elektroniczną w Polsce i za granicą. Zanim przeszła „na swoje”, pracowała przy dużych trasach artystów hip-hopowych i krakowskim festiwalu Unsound. W Berlinie, gdzie pomieszkuje od dwóch tygodni, branża klubowa przeżywa kryzys. Promotorka przeprowadziła się tam tymczasowo, by zorganizować występy dla reprezentowanych przez nią artystów. Teraz stoją one pod znakiem zapytania.

Do tej pory do stolicy Niemiec co weekend zjeżdżały tłumy fanów techno czy house’u. Zrzeszające organizatorów imprez stowarzyszenie Clubcommission szacuje, że w 2018 roku zostawili oni w mieście półtora miliarda euro.

d2vfwh0

- Teraz czuć stres. Wielu ludzi boi się utraty źródła utrzymania. Do końca marca nic nie będzie się działo między innymi w popularnym Trauma Bar und Kino, kultowe Berghain odwołało swoje imprezy do 20 kwietnia - mówi Żaczek. Jak twierdzi, w kiedyś obleganych przez "technoturystów" klubach robi się zaskakująco luźno. - Na pewno dotkliwie odczują to też polscy promotorzy. Najciężej może być tym osobom, które pracują od zlecenia do zlecenia, a takich w kulturze, nie tylko klubowej, jest mnóstwo.

Kryzys niestety może dotknąć i ją. Agencja Granko działa od zaledwie trzech i pół miesiąca: - Nie ma co ukrywać, jestem na początku mojego świeżego startu. W razie odwołanych eventów dla artystów staram się znaleźć nowe terminy. Nie jest to łatwe, ale na szczęście wszyscy staramy się podchodzić do sytuacji ze zrozumieniem i cierpliwie staramy się przywyknąć do nowej sytuacji - tłumaczy Żaczek.

Jej koledzy i koleżanki po fachu stali się ostrożni. Z ogłaszaniem kolejnych artystów wstrzymali się organizatorzy warszawskiego Instytut Festivalu. Anulowane są również imprezy w stołecznym barze Studio czy krakowskim Pięknym Psie. Wiele innych lokali działa jednak bez zakłóceń. Prawo je omija. Co prawda mówi ono o zawieszeniu „imprez rozrywkowych”. Zarządzenia nie wymieniają jednak klubów wśród miejsc, gdzie powinny być one odwoływane. Mowa jest "w szczególności" o "instytucjach kultury, filharmoniach, operach, operetkach, teatrach, muzeach, kinach, domach kultury, bibliotekach, galeriach sztuki".

Źródło: Getty Images, fot: icolò Campo

Koncertowa posucha

Z takiej furtki w prawie nie mogą często skorzystać duże firmy: - Na razie możemy mieć kilkanaście lub kilkadziesiąt przełożonych lub odwołanych koncertów. - wyjaśnia Wojtek Kwiatkowski z agencji Revolume. Urządza ona koncerty gwiazd hip-hopu. Obsługuje przede wszystkim uznane w środowisku marki – artystów przyciągających na swoje koncerty nawet po kilka tysięcy osób. Frekwencyjnym hitem miała być między innymi trasa duetu PRO8L3M. Wszystkie występy grupy przesunięto jednak na jesień.

d2vfwh0

Takich przypadków jest więcej. Wyprzedane koncerty w warszawskiej Stodole na kwiecień przeniosła grupa Lao Che. Podobne problemy mają inne polskie gwiazdy dużego formatu. Dawid Podsiadło w swoją kameralną trasę pojedzie na jesieni. Kult odwołał akustyczne występy. Odwołuje też Maryla Rodowicz, która na Facebooku poinformowała fanów o problemach z zapłatą domowych rachunków.

Polskie firmy nie chcą na razie szacować strat. Mówią, że jest na to za wcześnie. Powściągliwi są też koncertowi giganci. O konkretnych kwotach milczy działająca na całym świecie Live Nation. Agencja miała w planie na wiosnę między innymi koncerty grup Green Day i Pearl Jam, rapera Post Malone’a czy Billie Eilish. Według oceny specjalistów kryzys może zmieść z rynku mniejsze firmy. Mówiła o tym w amerykańskim "Rolling Stone" Kristen Jaconi, specjalistka od zarządzania ryzykiem z University of Southern California. Całą branżę koronawirus ma kosztować nawet pięć miliardów dolarów – ocenia w "Forbesie" analityk rynku finansowego Mark Halstead.

Za oceanem zaczyna się właśnie sezon wielkich festiwali. W ten weekend miał rozpocząć się ostatecznie odwołany South by Southwest (SXSW). Za jego sprawą do teksańskiego Austin co roku przyjeżdża około 17 tysięcy osób. To i tak niewiele w porównaniu z kalifornijską Coachellą, zaplanowaną tradycyjnie na kwiecień. Wydarzenie przyciągające 250 tysięcy osób przesunięto na październik.

Źródło: Getty Images, fot: XAMAX\ullstein bild

- A ja właśnie kupiłam bilet na lipcowy koncert Lady Gagi w Paryżu. Na razie nie rezerwuję lotu. Zobaczę, czy nie odwołają - mówi 27-letnia Dominika, fanka amerykańskiej artystki i bywalczyni letnich festiwali. – Obawiam się też, że odwołają Pol’and’Rock. To przecież tysiące osób. Trudno będzie skontrolować, czy każdy jest zdrowy. Zastanawiałam się też nad kilkoma innymi festiwalami, ale na razie nie kupuję biletów. Mam nadzieję, że przez tych parę miesięcy sytuacja wróci do normy. Na razie zostaję w domu. Bezpieczeństwo najważniejsze.

d2vfwh0

Nie tylko Dominika wstrzymuje się z kupowaniem biletów. Według Wojtka Kwiatkowskiego z Revolume sprzedaż na marcowe i kwietniowe wydarzenia stanęła już jakiś czas temu. To dlatego, że publiczność nie wie, czy koncerty na pewno się odbędą.

Zero zleceń, zero zysku

Właśnie niepewność jest dziś największą bolączką Kwiatkowskiego. Imprezy masowe trzeba zgłaszać z miesięcznym wyprzedzeniem. Trudno planować, gdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość.

- Rząd powinien poinformować nas, do kiedy najkrócej będzie obowiązywał zakaz. Nie chodzi o gwarancję zakończenia kryzysu, ale o horyzont czasowy, który dałby jakąś perspektywę. Na przykład: "Uważamy, że imprezy nie powinny się odbywać przynajmniej przez dwa miesiące. Na początku kwietnia zaktualizujemy nasze stanowisko, ale już można zakładać, że żaden duży koncert do końca kwietnia się nie odbędzie”.

Fatalną passę przeżywają nie tylko osoby zarabiające na organizacji koncertów. Odwoływane są również konferencje naukowe, duże spotkania biznesowe i targi. Stowarzyszenie Branży Eventowej szacuje, że rynek ten ma wartość około 3 miliardów złotych. Dziś grozi mu załamanie.

- Pierwsze sygnały popłynęły z Włoch, na długo przed zakazem imprez masowych w Polsce. Zostały odwołane targi branży instalacyjnej w Mediolanie, na które jako podwykonawca szykowaliśmy stoiska. Mniej więcej w tym samym czasie globalne korporacje zaczęły wprowadzać procedury bezpieczeństwa związane z koronawirusem, których częścią oczywiście było odwoływanie konferencji - mówi Szymon Pasaj z Live Age. Jego klienci raczej nie odwołują swoich wydarzeń, starają się znaleźć dla nich nowe terminy na jesieni. Poza kontraktem z Włoch jego firma straciła jedno zlecenie. Nie odbędzie się konferencja na 550 osób, zaplanowana na koniec marca we Wrocławiu.

- Perspektywy dla całej branży są takie, że w najbliższych kilku miesiącach liczba zleceń spadnie do zera. Agencje eventowe funkcjonują od zlecenia do zlecenia. Nie podpisują stałych, długoterminowych kontraktów. Jeśli mamy w perspektywie kilka miesięcy bez żadnych wydarzeń, równa się to zerowym wpływom - załamuje ręce Pasaj. Które firmy w jego branży przetrwają zapaść? Więcej szans powinni mieć duzi gracze, zarabiający nie tylko na konferencjach i koncertach, zajmujący się również marketingiem i PR-em. Mniej problemów mogą mieć też szefowie zatrudniający na śmieciówkach – choć oczywiście kosztem pracowników. - Takie agencje mogą po prostu wstrzymać wypłaty. Formalnie przetrwają, tylko kto w nich zostanie, gdy sytuacja ulegnie poprawie?

Źródło: Getty Images, fot: Lieberenz/ullstein bild

"Klęska żywiołowa"

Na kryzys zareagowało już Stowarzyszenie Branży Eventowej. W swoim oświadczeniu porównuje go do klęski żywiołowej. Przedstawiciele Stowarzyszenia proszą państwo o pomoc, między innymi o ulgi w podatkach i uruchomienie tanich kredytów. Pomóc mogą również klienci, którzy powinni płacić za dopięte na ostatni guzik, ale odwołane z kilkudniowym wyprzedzeniem eventy.

d2vfwh0

- Podstawowa sprawa to utrzymanie pracowników i zachowanie względnego spokoju, bo ktoś na jesieni będzie musiał te wszystkie wydarzenia wyprodukować. - mówi Pasaj. - Byłbym jednak szalony, gdybym powiedział, że ludzie i rząd działają z nadmierną paniką.

W podobnym tonie wypowiada się Wojtek Kwiatkowski z Revolume: - Można byłoby o tym dyskutować, gdyby szkoły, uczelnie, muzea czy kina funkcjonowałyby normalnie. W obecnej sytuacji, gdy zamknięto szkoły, trudno uznać odwołanie koncertów za nadmierną ostrożność. Jestem przekonany, że lepiej wprowadzić ostrzejsze środki przeciwdziałające rozprzestrzenianiu się wirusa wcześniej niż później.

Mimo to Kwiatkowski uważa, że pomoc państwa będzie konieczna. Podkreśla, że firmy nie zarabiają, ale muszą słono płacić – między innymi za leasing sprzętu scenicznego, pokrywać składki ZUS. Nadzieję daje zapowiedź pakietu pomocowego, którego projekt przedstawiła minister rozwoju Jadwiga Emilewicz. Składki ubezpieczeniowe według niej mogą być rozłożone na raty lub umorzone. Bank Gospodarstwa Krajowego pracuje nad uruchomieniem tanich kredytów. Skorzystać mają przedsiębiorstwa, które na wirusie straciły najwięcej.

- Ja mimo wszystko staram się patrzeć na pozytywy. Wierzę w to, że kluby i organizatorzy imprez będą sobie pomagać. - mówi Paulina Żaczek - Być może przez problemy z podróżami międzynarodowymi promotorzy i kluby skupią się na rozwoju lokalnych scen klubowych.

Nie wiadomo tylko, czy lokalni didżeje będą mieli dla kogo grać. Ministerstwo Zdrowia sugeruje przecież ich fanom, by przerzucili się na słuchanie muzyki z domowych głośników.

Od redakcji: Artykuł powstał jeszcze przed piątkowym wieczorem, kiedy premier ogłosił wprowadzenie stanu zagrożenia epidemicznego. Obowiązuje on od 14 marca do odwołania. W związku z nim zamknięte mają być również puby i kluby, gdzie nie odbędzie się żadne wydarzenie muzyczne.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.

Podziel się opinią