Trwa ładowanie...
Tymon Tymański: mamy prawo krzyczeć
(East News)

Tymon Tymański: mamy prawo krzyczeć

- Jak ci bywa źle w tzw. życiu, to masz w dupie piękny jazz i chcesz pisać proste piosenki. Ekscytuje cię wtedy poezja haiku, a nie wymyślne opery - przekonuje Tymon Tymański. Wydaje płytę z, jak sam mówi, "najlepszymi utworami, jakie napisał w ciągu ostatnich 20 lat". I zapowiada kolejną, którą "namiesza w polskim mózgu", bo ma zamiar Polskę ze wszystkiego obnażyć.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Urszula Korąkiewicz: Powiedziałeś mi, że nagrałeś płytę w dużej mierze kobiecą. Znalazłeś w sobie żeński pierwiastek?

Tymon Tymański: Zdecydowanie tak, choć cały czas szukam w sobie równowagi między moim "yang" i "yin". Wychowałem się w patriarchacie i jestem dość skory do tego, żeby od niego mentalnie odchodzić. To dla mnie wieloletnia praca nad sobą, zapoczątkowana od przejść z moją mamą za młodu. Teraz mamy ze sobą świetny kontakt i to mama była pierwszą osobą, z którą ułożyłem sobie relacje. Ale gdy byłem młodzieńcem, darliśmy ze sobą koty na wszelkie możliwe sposoby.

A co dokładnie masz na myśli?

d3nygl0

Mama była samotną, zahukaną nauczycielką z małego miasta z dwójką niesfornych dzieci i nadobnym mężem-narcyzem, który coraz później wracał do domu. A my ze starszym bratem odziedziczyliśmy po mamie włoski temperament, więc daliśmy jej ostro popalić.

Samotną?

Ojciec cały czas się wycofywał do swego świata, wracając coraz później. Był fajny, miły, opiekuńczy, nigdy nie krzyczał, ale jakby go nie było. Był cały czas za jakąś szybą. Mamę przerabiałem długo, do momentu, gdy na pewnym buddyjskim odosobnieniu przeszedłem rodzaj autoterapii.

Jaki?

Pokrótce chodziło w niej o to, by przeanalizować, co dała ci najbliższa osoba, a co ty jej dałeś, wreszcie co można finalnie zmienić w waszych relacjach. Zacząłem nad tym medytować i nagle zobaczyłem na podwórku mojego umysłu spadające płatki złota, całe się nimi wypełniło. Zrozumiałem, że moja matka dała mi wszystko. A gdy przeszedłem do wewnętrznego oglądu i zacząłem się zastanawiać, co jej dałem w zamian, okazało się, że na moje podwórko spadło zaledwie parę złotych płatków. Mama była mistrzem świata w dawaniu, naszym domowym aniołem. Ja byłem typowym synem, który głównie bierze, niewiele dając.

Źródło: AKPA

Jak dzięki temu doświadczeniu zmieniły się wasze relacje? Jak to poszukiwanie żeńskiego pierwiastka przełożyło się na przyszłość?

Pojechałem do niej, powiedziałem, że ją kocham, przeprosiłem za wszystko, co złe. Że chociaż nie mam prawa mieć do niej o nic żalu, bo przecież dostałem od niej tak wiele, też wszystko wybaczam.

Pomogło?

Popłakała się, wyściskała, od tego czasu mamy bardzo dobre relacje. Dzwonię do niej, powtarzam jej, że jest aniołem, najlepszą osobą w naszej rodzinie, jesteśmy bliskimi przyjaciółmi. I tak moja mama wygrała walkę na postawy rodzinno-życiowe z moim ojcem, z czego kiedyś nie zdawałem sobie sprawy.

To znaczy?

Ojciec był bohaterem mojego dzieciństwa, ale mama okazała się bohaterką życia. I dziś, choć mam sporo z ojca, bywam narcyzem i egotykiem, utożsamiam się właśnie z mamą i jej pracą dla rodziny, jej miłością i poświęceniem.

d3nygl0

Przez twoje życie przewinęło się później sporo kobiet.

Przez wiele lat dostawałem od nich krótko mówiąc wpier.... Ale też należało mi się. Jestem bardzo trudnym człowiekiem, dominuję, mam bardzo cięty i krytyczny język. Jestem skupiony na swojej sztuce i nie dla wszystkich jest to znośne, przebywanie z taką osobą na dłuższą metę bywa męczące.

Na scenie hoduję osobowość, która nie jest grzeczna. Nie możesz powiedzieć artyście, który walczy o życie swoją sztuką "idź na terapię", bo się boi, że mu jaja obetną. A z drugiej strony, jeśli mówisz swojej kobiecie "królowo złota, daję ci pół królestwa" i jej ściemniasz, bo to tylko słowa, dostaniesz srogi wycisk. Przyjdzie dzień, w którym domowy murzyn zmieni się w twego kata.

Co w tobie zmieniły te życiowe lekcje?

Staję się coraz grzeczniejszy, a mam wybuchowy temperament. Wciąż się uczę się żyć w związku partnerskim, ale to jest bardzo trudne. Wszystkie nasze niepowodzenia, potknięcia odbijają się na partnerze. Gdyby to miało zniszczyć mój kolejny związek, to byłaby moja życiowa porażka. Uczę się szacunku, kobiecości, delikatności, zejścia z patriarchalnego tonu, pokory, odpowiedzialności za rodzinę. To jest nauka i walka, która trwa. Pomaga mi w niej 30-letnia praktyka buddyjska, która pozwala zajrzeć w siebie, zrozumieć, co jest nie tak, za co i kogo trzeba przeprosić.

/
Źródło: East News
/

Udało ci się wypracować dobre relacje ze wszystkimi partnerkami?

Z Anią, moją pierwszą żoną, mamy świetne relacje. Dzwonię do niej co parę miesięcy, długo rozmawiamy. Dawno przebolałem tamto rozstanie, zaszłości zostały wyjaśnione. Dziś jest wspaniałym przyjacielem, czasem zaprasza nas do siebie na Kaszuby. Z mamą Lukasa, Simone, przez parę lat było ciężko, obraziła się na mnie bardzo z powodu mojej książki "AD/HD". Ale ostatnio pozdrowiła mnie z okazji mojej 50-tki i wszystko wraca na dobrą drogę.

d3nygl0

Marta, mama Kosmy, dziś jest moją wielką przyjaciółką. Ale nie było łatwo, bo tym razem to ja odszedłem. To była pogoń za szczęściem, młodością, ale zmierzała w zupełnie inną stronę. To zrozumieć można dopiero, gdy popełni się swoje błędy. Trzeba było popracować nad związkiem, zawalczyć, podjąć terapię zamiast zgodnie z dzisiejszymi tendencjami rzucać.

Zamiast tego odszedłem do Sary, która była wtedy bardzo młoda. Tak minęło kolejnych 8 lat i rozpadł się kolejny związek, który nie skończył się happy endem.

Z Martą, mamą Kosmy, przepracowaliśmy tamtą historię. Dziś często dzielimy się swoimi radościami, smutkami, dużo rozmawiamy ze sobą. Co więcej, jest zawsze mile widzianą osobą w naszym domu. Bardzo się lubią z Marysią. Zresztą Marysia nie jest osobą, która odstrasza moje byłe.

Mówisz, że życie muzyka, życie rockandrollowca jest trudne, że to ciągła walka o siebie. Co w takim razie mówisz swoim dzieciom, kiedy widzisz, że wybierają ten sam zawód i chcą iść twoją ścieżką?

Wszystkie moje dzieci są uzdolnione muzycznie. Mogę powiedzieć bez nadęcia i patosu, że moje dzieci są udane, wrażliwe, inteligentne, kreatywne i są moim największym sukcesem. Lukas i Kosma już próbują iść moją ścieżką.

Udaje się?

Lukas rozumie i wie, że w Polsce bardzo ciężko się przebić i żyć z muzyki. Sam po latach gram dla 5 tys., a w porywach może i 50 tys. osób. To nie jest gremium, z którego datków jesteś w stanie się utrzymać. Dlatego też kiedyś wymyśliłem sobie wyjazd do Warszawy i to, że pójdę w media. Traf chciał, że zadzwonił telefon z Jedynki. Na trzy lata trafiłem do programu "Łosskot", później przeżyłem siedmioletnią przygodę z Rock Radiem (w audycji "Ranne Kakao"), jeszcze później wystąpiłem w jedynej edycji "Must be the music”. Wiadomo, dobrze było trochę zarobić, trochę się lepiej poczuć, ale w końcu wróciłem z Warszawy do Gdańska - nie dlatego, że miałem dość miasta, ale tego mojego nietrafionego celebryctwa. To po prostu nie dla mnie.

Rozmawiasz o tym z synami?

Lukasowi mówię, że jeśli myśli o muzyce poważnie, to musi się mocno zdywersyfikować. Musi myśleć o tym, żeby np. mieć trzy kapele, uczyć muzyki, pójść na studia. I Lukas to robi. Usamodzielnił się, poszedł na dwa rodzaje studiów: jazz na gdańskiej Akademii Muzycznej oraz eksternistyczną psychologię w Niemczech, bo postanowił, że będzie terapeutą. Kosma z kolei kończy szkołę realizacji dźwięku, ale też chce iść na psychologię. Myślę, że Lukas go do tego namówił. Przy okazji tworzy też muzykę, ale bardziej transowo-hip-hopową. Mamy taki plan, żeby kiedyś wszyscy grać w jednym zespole, Tymański Brothers.

Źródło: East News

Grasz sporo z młodymi muzykami z Trójmiasta, z których kilku weszło w skład MU. Jak zaczęła się wasza współpraca?

Uwagę na tę młodą, trójmiejską scenę zwrócił mi mój przyjaciel i wieloletni partner muzyczny, Marcin Gałązka. Wchodzą w jej skład oprócz nas znakomici trójmiejscy muzycy, a my z Marcinem jako mentorzy dajemy im wsparcie i doświadczenie. Scenę DRA tworzy ok. 20 instrumentalistów, którzy chcą czegoś więcej niż akademickiej, jazzowej przygody. Ci młodsi mają już renomowane kapele typu Algorhythm czy Quantum Trio i chcą grać tak charyzmatycznie, jak kiedyś grała Miłość. Mają w sobie i warsztat, i bunt.

d3nygl0

Ci starsi, tak jak Marcin i ja, Irek Wojtczak, Olo Walicki, czy Tomasz Ziętek jesteśmy mentorami, satelitami i sympatykami tej młodej sceny. MU tworzą kolorowe postaci tejże sceny: arcyciekawy pianista Szymek Burnos, rewelacyjny saksofonista i producent, Michał Jan Ciesielski oraz Jacek Prościński, który moim zdaniem, jest najlepszym perkusistą w tym środowisku. O nich będzie jeszcze głośno, dlatego wszystkim zależy na poważnej dokumentacji płytowej tej sceny i jej zespołów.

Odnoszę wrażenie, że przez tyle lat współpracy łączy was z Marcinem Gałązką szczególny rodzaj artystycznego porozumienia.

Marcin jest moim wieloletnim partnerem w tej falandze oraz współproducentem nagrań od czasów "Wesela”. Zaczęliśmy pracować nad muzyką w 2002 r., odkąd poznałem go dzięki jego bratu, Filipowi. Od tego czasu minęło 17 lat. Marcin był i jest moją prawą ręką w każdym moim zespole, ale nigdy nie pchał się na afisz. To dzięki niemu wszystkie nasze płyty brzmią tak, a nie inaczej: od "Wesela", przez "Don't Panic! We're From Poland” czy "Bigos Heart”, za którą dostaliśmy Fryderyka.

Ja jestem ekspertem od pisania tekstów i muzyki, natomiast Marcin potrafi mi powiedzieć, że coś mu nie pasuje i że potrafię zrobić to lepiej. To on w studio gra pierwsze skrzypce, będąc znakomitym producentem i muzykiem. Co więcej, kiedy mówi się o filmie "Polskie Gówno", mówi się o znakomitej roli Roberta Brylewskiego, świetnej, mocnej Filipa Gałązki, rzadko wspomina się kreację Marcina, a przecież jego drugoplanowa rola w filmie też jest fantastyczna. To jest nasze wspólne opus magnum, nieco gówniane, ale jakże piękne, bo prawdziwe, prosto z serca i z autopsji.

Co was skłoniło, że zdecydowaliście się zaangażować teraz w okołojazzowy projekt?

Jeśli chodzi o ten skręt jazzowy, to wyszedł trochę bardziej od młodzieży niż ode mnie. Mnie już jazz tak nie rusza. Bo jazz to język piękny, wysoki, ale trochę jakby kulturowo sztuczny, narzucony. To nie do końca nasza muzyka. Na swoje wyszedł ten, kto znalazł swój styl, jak Komeda czy my, yassowcy. Staram się przekazać chłopakom nauki, które dostałem w schedzie od mojego mentora, Lestera Bowiego. Mówił nam, że jazz to przestrzeń wolności również od samego jazzu. "Pieprz jazz, rób to, na co masz ochotę, a przede wszystkim realizuj swoje marzenia i szukaj siebie”. Mnie ta wolność doprowadziła do pisania piosenek.

d3nygl0

Dlaczego?

Bo jak ci bywa źle w tzw. życiu, to masz w dupie piękny jazz i chcesz pisać proste piosenki. Ekscytuje cię wtedy poezja haiku, a nie wymyślne opery. A w piosence jest cały świat, zaklęty w bursztynie prostoty. W dobrej piosence wymykasz się wszelkim szufladkom.

I te dobre piosenki trafiły na "Free Energy". To jest naprawdę światowe brzmienie.

To taki markowy odrzut najlepszych piosenek, jakie napisałem w ciągu ostatnich 20 lat w okresie Transistors. Po takim czasie wiem, że dobra piosenka przetrwa. Nie każdy umie to robić, ale prostota, która wypływa z serca i rodzi się z bólu, zawsze trafia do ludzi. Wybraliśmy więc najlepsze z nich i wykonaliśmy w różnych stylach. Najlepiej, jak umiemy. Chciałem, żeby ta płyta była "odtymańszczona", dlatego w dwóch z nich śpiewa Szymek Burnos. Zaśpiewał ciepłym barytonem, delikatną, synth-popową "Remedy" i bardzo osobistą dla mnie "Free Fall". I zrobił to fantastycznie.

size=1180x746#
Źródło: Materiały prasowe / Okładka płyty MU: Free Energy!
size=1180x746#

Wspomniana przez ciebie kobiecość i delikatność jest naprawdę mocno wyczuwalna. Dlaczego zdecydowaliście się stworzyć właśnie taki album?

Bo jesteśmy różnorodni. W każdym z nas jest ten pierwiastek kobiecości. Pokazujemy naszą łagodniejszą stronę, nasze miękkie podbrzusze. To całe zrównoważenie męsko-damskiego elementu na płycie było zrobione celowo. Kiełkowało mi to w głowie już gdzieś od lat 90. Bo najlepsza muzyka jest zrównoważona. Najwięksi, Beatlesi, Doorsi, John Coltrane czy Miles Davis grali w ten sposób, nie dzieląc swej energii na "męską" i "kobiecą". Dobra muzyka jest zarówno "yin" i "yang", mając zrównoważone elementy matki i ojca, piękna i brzydoty.

To było naszym motywem przewodnim. Tam gdzie graliśmy hardrockowo, freejazzowo, trzeba było to upiększyć, a tam, gdzie graliśmy estetycznie, miękko, trzeba było nieco zepsuć. Tak, by odbiorcy nie mogli łatwo tej muzyki skonsumować, żeby musieli włożyć pewien wysiłek w jej zdekodowanie i przetrawienie. Muzyka nie powinna być zbyt łatwa, sformatowana. Moja muzyka nie jest towarem. Ociera się o artyzm, o wysokie, humanistyczne idee, będąc skierowana do dorosłego, wyrobionego słuchacza. Skończyłem 50 lat i stwierdziłem, że nie będę się ścigać z popem o jakieś rozwodnione, iluzoryczne wartości.

MU to nie jedyny projekt, który pochłania twój czas. Równolegle jeździsz z koncertami Tymański/Ciechowski. Powiedz mi, kim dla ciebie jest Grzegorz Ciechowski, co cię w nim fascynuje i sprawia, że wciąż do niego wracasz?

Muzycznie bohaterami mojego dzieciństwa oprócz m.in. The Beatles, Led Zeppelin, Franka Zappy, byli też Czesław Niemen, Ewa Demarczyk, SBB, Wojciech Młynarski. Rodzicom śpiewałem całe piosenki pana Wojtka. Naraz w wieku 14 lat odkryłem Republikę. Grzesiek Ciechowski był pierwszym polskim artystą, który przebudził mnie ze snu dzieciństwa.

W 1983-85 r. oprócz Republiki nie było dla mnie długo, dług nic. "Kombinat", "Sexy Doll", "Telefony" – co piosenka, to był szok. Ich muzyka była prosta, transowa, kwadratowa, trochę dziwaczna, zimna i nowofalowa, natomiast teksty precyzyjne, szokujące, perfekcyjnie skrojone. Ale nie byłem typowym fanem, który jeździł za zespołem. Czytałem wszystko o Republice, słuchałem ich i sam pisałem swoją muzykę oraz teksty.

Znaliście się osobiście?

Po latach mieliśmy okazję poznać się z Grześkiem. Długo się obwąchiwaliśmy, a kiedy już mieliśmy okazję się spotkać, puszczaliśmy sobie najnowsze płyty. On był zachwycony m.in. "Polovirusem", ja w tamtym okresie bardzo lubiłem "Masakrę" Republiki. Powiedziałem mu wtedy: "stary, jestem twoim uczniem, wychowałem się na twoich tekstach”. Zdziwił się, ale było mu bardzo miło. "Nie spodziewałbym się, że Tymański z Kur wychował się na mojej liryce”, stwierdził. Nie było nam tylko ze sobą dane pracować.

Źródło: East News

Miałeś za to okazję pracować po latach z pozostałymi muzykami Republiki, grając z nimi w projekcie Nowe Sytuacje.

Było mi bardzo miło, że Zbyszek Krzywański i Leszek Biolik, zapraszając mnie do tego projektu, zaliczyli mnie do swojego wewnętrznego kręgu. Mam poczucie, że nawet Grzegorz w jakiś metafizyczny sposób, post mortem, wybrał mnie do Nowych Sytuacji. W jakimś sensie, choćby literackim, dalej jestem jego uczniem. Co więcej, otrzymałem od menadżera Ani Skrobiszewskiej sztukę teatralną pisaną przez Grześka z propozycją jej dokończenia. To też nie stało się przypadkiem.

Ciechowszczyzna jest mi bliska i ciągle z niej czerpię. Kiedy gram jego utwory, nie bawię się w karaoke. To rodzaj konfrontacji, mojej wewnętrznej konwersacji z Ciechowskim. Zestawiam ze sobą nasze piosenki. Sprawdzam, w jakim momencie artystycznym był on, a w jakim ja jestem dzisiaj. Podziwiam jego warsztat literacki. Jego teksty są prowokujące, głębokie, mądre, perwersyjne, niebywale uniwersalne i ponadczasowe. Grzesiek był obsesyjnie polityczny, albo erotyczny. W pewnym sensie pomaga mi teraz tekstowo przy solowej płycie.

No właśnie, płycie, którą zapowiadasz już od jakiegoś czasu. Płycie, która ma być mocna i ma nie stronić od tematów społeczno-politycznych.

Tak, solowa płyta "Paszkwile", która ukaże się za kilka miesięcy, powstała z refleksji, jakie mnie dopadły przy okazji 50-tki. Dlaczego wydaję ją dopiero teraz? Bo długo rozważałem jej literacki i muzyczny kształt. Momentami będzie brzmiała jak "Polovirus", ale czasem będzie znacznie poważniej i bardziej gorzko. Poruszam na niej tematy społeczne, polityczne, ale także metafizyczne i prywatne. Muzycznie będzie blisko Boba Dylana, Beatlesów, Bee Gees, Franka Zappy, ale znajdzie się na niej też dużo nowych brzmień w klimacie Homeshake, Grizzly Bear, Mount Kimby czy Mata deMarco.

A co zaserwujesz od strony literackiej?

Literacko inspirowało mnie wszystko to, co przez lata "konsumowałem". Moi główni mentorzy to Młynarski, Ciechowski i Janerka. Czasem zapożyczę coś z Przybory czy Kaczmarskiego, czasem podwędzę od kolegów: Maleńczuka czy Świetlickiego.

Tematy piosenek na płycie "Paszkwile" będą przeróżne. Jest sporo o PiS-ie, o Polsce, o kosmosie i miłości, o seksie i medytacji. Będzie też piosenka "Tamte dni", mój osobisty hołd dla Roberta Brylewskiego. Był moim przyjacielem, był dla mnie jak starszy brat. Był skomplikowanym, ale niezwykle inspirującym, niezłomnym duchem. Będą też bezczelne piosenki.

Komuś szczególnie się obrywa?

W jednej chełpię się i obrażam ("Jestem legendą”), w innej w niewinny i nieco dziecięcy sposób taplam w szambie Polskę i Polaków ("Polska"). Będzie też nieprzyjemna, technoidalna piosenka "PiSlam", która reasumuje dokonania rządzącej partii i "Mój bracie bliźniaku”, w której Lech Kaczyński z chmurki zwraca się do Jarosława, żeby się opamiętał i nie zamieniał naszego kraju w drugą Białoruś... Będzie też piosenka "Wolność", która opisuje moje 26 lat subiektywnej przygody z rodzimą demokracją.

To wszystko brzmi tak, jakbyś się przymierzał znów wbić kij w mrowisko. Nie przejmujesz się tym, że znowu urazisz sporą część społeczeństwa?

Nie bawię się w poprawność polityczną. Ta płyta jest momentami mocna i nieprzyjemna. Dlaczego zrobiłem płytę polityczną dopiero teraz? Bo długo ten temat kiełkował mi w głowie. Tę Polskę trzeba obnażyć i czuję się totalnie zobowiązany, żeby to zrobić. Mocno to wszystko przemyślałem, to nie jest wypowiedź rozemocjonowanego punka. Czas to wszem i wobec ogłosić. Uważam, że my, artyści musimy piętnować wypaczenia władzy, mamy prawo krzyczeć, drwić i histeryzować, przypominać o wolności, rozszerzać jej granice.

Cóż, trudno się oprzeć wrażeniu, że właśnie najbardziej obnażasz właśnie PiS. Dlaczego?

Nie jestem KOD-ziarzem, nie jestem typowym antypisowcem. Nie znoszę faszyzmu i komunizmu, gardzę rządami populizmu. A PiS to przecież nie prawica, tylko zbieranina populistów, cały potok cyników, cwaniaczków, dyletantów, nieudaczników i wariatów, oczywiście z wyjątkami. I o ile w 2008 r. był jeszcze niegroźny, to przez lata bardzo dobrze odrobił lekcje.

Przyszedł tu rządzić na jakieś 20 lat, co może skończyć się dla kraju w sposób opłakany. Natomiast opozycja PiS-u jest słaba jak bezzębny kot. Daliśmy dupy przy wyborach, przegapiliśmy moment, w którym się wzmocnili. To jeszcze nie wygląda totalnie źle, ale może pójść w każdą stronę. Wiemy przecież, co wyrządził populizm w latach 30. w Niemczech.

Źródło: East News

Mówisz, że nie jest jeszcze aż tak źle, ale mimo to powtarzasz w wywiadach, że czujesz się anty-Polakiem. Co przez to rozumiesz?

Ciekawe jest to, że większość moich rzeczy, to jest moja walka z Polską. "Polovirus" namieszał w polskim mózgu, "Polskie gówno" też jest dziełem antypolskim. W "Paszkwilach" wysnuwam tezę, że Polska jest halucynacją zbiorową, nadętą dupą, w którą należy wbić wielki taran, żeby przestała się patriotycznie nadymać. Przypomina mi się wstęp do "Transatlantyku" Gombrowicza, dzieła, który napisał jako groteskowy paszkwil na siebie, Polskę i emigracyjną Polonię, uciekając przed II Wojną Światową do Argentyny. I ten sowizdrzalski paszkwil okazał się ponadczasową fregatą bojową przeciwko naszym kompleksom. W "Dziennikach" Gombrowicz stał się elokwentnym obrońcą tezy o wyższości indywidualizmu nad nacjonalizmem, subtelnym katem komunizmu oraz Polski głupiej, wstecznej, zaściankowej. Pisał, że Polska w sztuce musi być obnażona do rosołu.

Idąc za tą myślą, jako mentalny bratanek Gombrowicza, mam zamiar tę Polskę totalnie obnażyć, zdekonstruować, bo uważam, że w takiej połowicznej formie, wiecznie zawieszona między europejskością i ksenofobią, musi przestać istnieć. Żeby była wolna i inspirująca, my musimy być wolni od ślamazarnej, gnuśnej, łaziornej polskości. Ja te moje paszkwile śpiewam z pewnym bólem. To moje nowe kredo i motto: oto ogłaszam się anty-Polakiem. Dla dobra Polski działam w imię kosmosu i kosmitów. Oczywiście żartuję, jestem Polakiem. Mówię o tym świadomie, dlatego, żeby tej polskości ulżyć i ją amputować. Żeby upadł kolejny chory koncept, żeby sczezła Polska prawicowo-narodowo-populistyczna, antyeuropejska, antyświatowa.

To jest naprawdę mocny manifest.

Robię to, bo martwi mnie, że Kazik milczy, Muniek milczy. Maleńczuk od czasu od czasu do czasu z czymś się wstrzeli i fajnie, bo ten typ jest zawsze złośliwy, umie kąsać. Coś tam nadają Grabaż i Skiba. I to w sumie koniec. Bo młodzi tematu nie tykają. Często słyszę od ludzi "dlaczego milczycie?". Ja nie milczę, ja przerywam milczenie. Bo w kwestii ataków na wolność słowa, wolność sądów, sprawy ustawy antyaborcyjnej, przemocy domowej, pedofilii w kościele nie można milczeć. Na to nie ma żadnej zgody. Artysta w takim momencie ma prawo uciekać się do różnych środków wyrazu.

Tłumaczę młodszym kolegom, że nawet jeśli nie mam racji, nawet jeśli pieprzę trzy po trzy, to ktoś musi to robić. Bo pamiętam czasy, kiedy naprawdę byliśmy zniewoleni. Nie chcę się znów w nich obudzić.

Sądzisz, że w dzisiejszej Polsce i rodzimej kulturze jest jeszcze miejsce dla buntu, buntownika z wyboru? Warto w dzisiejszych czasach się buntować?

Czy jestem buntownikiem? Nie, jestem wolnym człowiekiem. Wychowałem się za komuny, kiedy musieliśmy walczyć o życie. Po latach walki o siebie potrafię wysłuchać wielu ludzi i z nimi rozmawiać. Artysta według mnie dziś powinien być przede wszystkim rozmówcą. Nie jestem po to, żeby błyszczeć z piedestału i patrzeć z góry na zakompleksionych fanów. Jestem po to, żeby ludziom sprzedać kuksańca, dodać otuchy i odwagi, zainspirować, zachęcić do działania, prowokować. Traktuję to wszystko jako życiową misję, jako edukację społeczeństwa. Chcę, żeby ludzie byli odważniejsi, żeby brali życie w swoje ręce.

Ryszard "Tymon" Tymański, ur. 30.09.1968 - kompozytor, multiinstrumentalista, producent, autor tekstów, scenarzysta, prozaik, felietonista. Lider takich zespołów jak Miłość, Kury, Trupy, The Transistors. Jeden z najważniejszych przedstawicieli sceny yassowej. Najnowszym projektem artysty jest Tymon Tymański & MU. Płyta kwintetu, "Free Energy", miała premierę 26 kwietnia.

Polub WP Gwiazdy
d3nygl0

Podziel się opinią

Share