Trwa ładowanie...

Wiele żyć Zbigniewa Sajnóga. Co się stało z ojcem chrzestnym Totartu?

Na scenie wyciągał serdelki z rozporka, a w tle puszczał filmy pornograficzne. Był w sekcie, w której według relacji członków dochodziło do przemocy psychicznej i seksualnej. Dziś pracuje w biurze poselskim Kacpra Płażyńskiego. Stojący po drugiej stronie sporu politycznego Tymon Tymański mówi: - Doceniam jego powrót. Zbyszek przede wszystkim próbuje pomagać innym.

Share
Zbigniew Sajnóg: Jedni mają go za wielkiego artystę, inni za skutecznego manipulatora
Zbigniew Sajnóg: Jedni mają go za wielkiego artystę, inni za skutecznego manipulatoraŹródło: East News
d10g5gn

Zbigniew Sajnóg to człowiek o wielu twarzach, które za nic nie chcą do siebie pasować. Jedni mają go za wielkiego artystę, inni za skutecznego manipulatora. Kolejni za błyskotliwego obserwatora rzeczywistości, ale są i tacy, którzy mówią o zwykłym cwaniaku umiejącym się dobrze ustawić. Jak Sajnógowi udało się zebrać tyle skrajnych opinii na swój temat?

Anarchista metafizyczny 

- To był fantastyczny facet - opowiada Paweł "Konjo" Konnak, poeta i happener, który poznał Sajnóga jeszcze w latach 80. - Po pierwsze sam miał wielki talent, po drugie - wyzwalał w nas potencjał, po trzecie wreszcie, bo trzeba to powiedzieć wprost, miał mieszkanie, gdzie mogliśmy przychodzić i robić te wszystkie wariackie akcje artystyczne.

Krzysztof Skiba o sytuacji artystów w czasie pandemii: "Odmrożono jedną nogę i to nie w całości"

- W dawnym mieszkaniu Zbyszka Sajnóga na Leningradzkiej (dziś to ul. Podwale Przedmiejskie niedaleko historycznego centrum Gdańska) zawsze czekało na nas miejsce przy stole i ciepłe łóżko. Na śniadanie kanapka z serem, czarna herbata albo zbożowa kawa. Wreszcie, last not least - biblioteczka wyposażona w dzieła intelektualnych rewolucjonistów - dodaje Tymon Tymański, muzyk, poeta, którego można dziś nazwać mocno alternatywnym celebrytą.

d10g5gn

- Sajnóg był wtedy dla nas ważną postacią trójmiejskiej bohemy kulturalnej. Był naszym starszym bratem, przyjacielem, mentorem, opiekunem. Tworzyliśmy poetycko-happenerską grupę, która działała na pograniczu sztuki i duchowości, dokonując transgresji i radykalnych akcji. A jednak w naszej małej wspólnocie próżno było szukać toksycznych sytuacji, upierdzielania, molestowania, mobbingu. Żadnych patologicznych przekroczeń, które w takich sytuacjach mogą się zdarzyć. To była wspaniała wspólnota zdolnych, chociaż mocno doświadczonych przez komunizm i popapranych ludzi. A jednak stać nas było na wzajemną miłość i empatię. 

O co chodzi? O działalność grupy artystycznej Totart, która powstała w Gdańsku w 1986 r., a kilka lat później była już słynna w całym kraju za sprawą swoich odważnych prowokacji artystycznych i obyczajowych. Członkowie grupy organizowali skandalizujące - zwłaszcza w PRL-owskim kontekście - happeningi. Ich opisy nawet dziś mogą dla wielu osób brzmieć szokująco: gdańscy artyści łamali tabu, wyśmiewali symbole komunistycznego państwa, prezentowali pornograficzne filmy. 

Po latach w "Gazecie Wyborczej" można było znaleźć taki – nieco podkoloryzowany - opis akcji ze złotych lat Totartu: "Tymański chodził z pomalowaną twarzą i krzyczał: 'Europa! Papież wali konia'. Później Sajnóg przez 20 minut czytał w ciszy 'Manifest o końcu świata', a potem Konjo pląsał w rajstopach do muzyki, którą grał Tymon z kolegami, Kudłaty czytał wiersze i golił nogi, Sajnóg wyciągał serdelki z rozporka i dawał mu do zjedzenia. Na ścianie jak zwykle wyświetlano pornola. I wtedy Konjo zrobił kupę na tackę, a Tymon nasikał na niego. Na koniec Sajnóg wysmarował Konnaka sztucznym gównem".

To nie były jednak wygłupy wariatów. To wszystko było po coś. Działania gdańskich artystów były, wbrew pozorom, mocno umocowane w historii sztuki i podbudowane silnym fundamentem teoretycznym. Dziś krytyczki i krytycy, badaczki i badacze dziejów sztuki są dość zgodni w ocenie tego zjawiska i uznają je za domknięcie rodzimej awangardy. 

d10g5gn

I to właśnie Sajnóg był wtedy odpowiedzialny w największej mierze za ideowe podstawy działalności grupy. Był sporo starszy (urodził się w 1958 roku) od jej pozostałych członków, z których większość studiowała jeszcze wtedy na gdańskich uczelniach i miała dekadę mniej na karku. On studiował już od prawie 10 lat, co w tamtych czasach często zdarzało się osobom, które nie chciały uczestniczyć w komunistycznej rzeczywistości, miał od kolegów większą wiedzę o historii i teorii sztuki, otaczał się też nimbem pewnej tajemniczości.

- Imponował nam swoją inteligencją, przenikliwością i pracowitością - wspomina Konnak. - Cały czas uczestniczył z nami w niekończących się imprezach, a rano, kiedy wszyscy jeszcze odsypialiśmy ekstatyczną noc, on przychodził z napisanym nie wiadomo kiedy manifestem czy kolejnym fragmentem dzieła z zakresu teorii sztuki. 

Sajnóg rzeczywiście był bardzo płodny literacko. Co więcej: tworzył dzieła należące do wielu gatunków. Pisał teoretyczne eseje o sztuce totalnej, z Tymonem Tymańskim stworzyli również mocno powieść "Chłopi III" - trochę sequel, a trochę pastisz nagrodzonej Noblem epopei Reymonta. Do historii polskiej literatury i kontrkultury przeszedł natomiast jego słynny wiersz "Flupy z pi..y", opublikowany w czasopiśmie literackim "Brulion". 

Był ojcem chrzestnym Totartu i jego siłą napędową, a zarazem kimś na kształt opiekuńczego "starszego brata" jego członków. Sprawiał wrażenie prawdziwego guru, już choćby za sprawą samego "chrystusowego" wyglądu: brody, długich włosów, powłóczystych szat. Nic więc dziwnego, że znajomi nazywali go wtedy Mesjago i do dziś mówią o nim z wyraźnym śladem dawnego uwielbienia. Pseudonim też jest powtarzany we wszystkich biograficznych wzmiankach o Sajnógu.

Ambasador 

Potem Sajnóg najwyraźniej postanowił zostać prawdziwym Mesjaszem. Niemal z dnia na dzień porzucił młodych zbuntowanych artystów i odwrócił się od wspólnego dorobku - nawet jeszcze po latach pisał o nim ostro: "ciąży mi ta paskudna legenda naszej grupy". Związał się z ludźmi, którzy mieli być wybrańcami innego rodzaju: jedynymi, którzy przeżyją koniec świata. 

d10g5gn

Oficjalnie grupa nazywała się Zbór Chrześcijański Leczenia Duchem Bożym, działała od 1990 r., formalnie była spółką o charakterze paramedycznym, ale do historii przeszła jako sekta Niebo. Jej założycielem był Bogdan Kacmajor, którego uznawano za charyzmatycznego uzdrowiciela.

Jego moc duchowa czy raczej umiejętności manipulacyjne, okazały się na tyle silne, żeby przyciągnąć setki ludzi, w tym Sajnóga, który z Gdańska przeprowadził się do siedziby wspólnoty w Majdanie Kozłowieckim i mieszkał tam kilka kolejnych lat. 

Sajnóg szukał wtedy nowej ścieżki - komentuje Tymański. - Miał problemy ze zdrowiem, pogubił się. Na początku lat 90. zdecydował się odwrócić od naszego zbiorowego doświadczenia twórczej jedności, odciąć od chwalebnych, anarchistycznych korzeni, lokujących nas poza utytłaną, zaplątaną we wzajemnych powiązaniach triadą Partii, Kościoła i Solidarności. Tym samym przekreślił wiele rzeczy, które robił wcześniej, w tym naszą wielką przyjaźń i Totart, nasze artystyczne dziedzictwo. Moim zdaniem nie był to, jak można by dziś oceniać, epizod psychotyczny. Myślę, że tak jak wielu innych, dał się zmanipulować przez fałszywego proroka, guru sekty Niebo, wręcz na pograniczu wyprania mózgu.

Nie wiadomo dokładnie, co Sajnóg tam robił, nie wiadomo dokładnie, co tam się w ogóle działo. Dziś można tylko próbować to odtwarzać na podstawie niepotwierdzonych relacji dawnych - zwykle mocno rozgoryczonych i poturbowanych dosłownie czy w przenośni - członków i członkiń sekty. Jeśli wierzyć ich wspomnieniom, zdecydowanie nie było to niebo, a raczej smutne piekło. 

d10g5gn

Kacmajor podporządkowywał sobie wszystko i wszystkich, wydawał rozkazy, łączył ludzi w pary według własnego widzimisię, kobietom nakazywał rodzić dzieci, ale zabraniał posyłać ich do szkoły czy do lekarzy. Manipulował członkiniami i członkami wspólnoty, odbierając im tożsamość - słynne były akcje palenia dowodów osobistych i nadawania nowych imion, takich jak: Anioł Rowerowy, Śrubokręt Nie Pomoże, Autobusem Przez Miasto czy Trójkątyzacja Kota. 

Dopóki wierne i wierni oddawali na rzecz sekty swoje majątki, wspólnota działała w miarę sprawnie na poziomie organizacyjnym i aprowizacyjnym. Ale kiedy skarbiec opustoszał - niektórzy twierdzili, że przede wszystkim dlatego, że Kacmajor zabierał stamtąd pieniądze dla siebie, ludzie zmuszeni byli, żeby kraść w okolicznych sklepach. O rozpaczliwych próbach utrzymania się jeden z członków wspominał: "ciągnik sprzedaliśmy za 10 jajek, volkswagena za worek ziemniaków". A sam Kacmajor dodawał w jednym z nielicznych wywiadów prasowych: "Kradniemy ubrania. Coś do jedzenia... trzy kilo makaronu, kilo ryżu, jakiś sweter... takie historie".

Wszystko - włącznie z nowym imieniem: Ambasador - wskazuje na to, że Sajnóg oddelegowany był przez Kacmajora do kontaktów ze światem zewnętrznym. Sam opowiadał kiedyś o tym, że Kacmajor wysłał go na spotkanie z jednym członków, odbywającym karę pozbawienia wolności: "Posługiwałem się fałszywym dowodem. Po to, żeby wejść do więzienia i pomóc człowiekowi, który tam był. (...) Takiego więzienia, gdzie się wyroki śmierci wykonuje. Nie powiem gdzie, żeby nie zaszkodzić temu człowiekowi, u którego byłem. Ważne doświadczenie - musiałem sam stanąć wobec takiej sytuacji. Zachować się tak, żeby oni mnie nie rozpoznali".

d10g5gn

- Dużo wskazuje na to, że Sajnóg nie był zwykłym członkiem sekty - opowiada Konnak. - Że był raczej prawą ręką Kacmajora i jego człowiekiem do zadań specjalnych. Kilka lat temu jeździliśmy po Polsce, promując film o Totarcie. Na spotkania przychodzili smutni, połamani ludzie, dawni członkowie sekty albo tacy, którzy w sekcie mieli znajomych. Wielu z nich wylądowało w zakładach zamkniętych, to były prawdziwe tragedie. Nie mogę mu wybaczyć, że brał udział i to udział znaczący, w tym, co działo się w sekcie, że nie rozliczył się z tego do dziś. I choć ma teraz różne możliwości, nie wiem nic o tym, żeby chociaż próbował pomóc tym ludziom. 

Po rozpadzie sekty, jej guru, Kacmajor, próbował jeszcze kilka razy założyć nowe zgromadzenie, najbliżej tego był kiedy na początku nowego wieku pojawił się z kilkoma wyznawcami i wyznawczyniami na Podhalu. Wielu jego dawnych towarzyszy i towarzyszek oskarżało go o naruszenia ich wolności, ale nawet jeśli sprawy trafiały do sądu, żadna nie skończyła się wyrokiem. Nie wiadomo do końca, co się dziś z nim dzieje. Pewne światło na ten temat może przynieść film dokumentalny, który powstaje na jego temat.

"TOTART czyli odzyskiwanie rozumu" / "TOTART" Official Trailer 2014 - Documentary Movie HD

Prawdziwa przemiana 

Film, o którym mówi Konnak, to "Totart - czyli odzyskiwanie rozumu", dokument w reżyserii Bartosza Paducha z 2014 r. Z dzisiejszego punktu widzenia trudno powiedzieć, na ile jego twórca zdawał sobie sprawę, że uczestniczy w kolejnej wielkiej metamorfozie Sajnóga. Film, w konwencji kryminału, pokazuje poszukiwania zaginionego spiritus movens grupy. Bo po rozwiązaniu Nieba Sajnóg zaginął.

d10g5gn

Nikt nie wiedział, gdzie jest i co robi, pojawiły się nawet pogłoski o tym, że mocno podupadł na zdrowiu i przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Albo nawet, że nie żyje - w jednym z domów zajmowanych przez sektę znaleziono zwłoki, ale okazało się, że to nie on. Wszystkie te plotki były mocno przesadzone: Sajnóg żył, miał się całkiem nieźle, zaczynał na nowo i to właśnie za sprawą filmu Paducha dokonał swojego wielkiego powrotu. 

- Nie wiem, czemu właśnie w moim filmie postanowił wrócić do świata - wspomina dziś reżyser. - Może po prostu mam talent do przekonywania. Bo to nie było proste i oczywiste. Na początku w ogóle nie zakładałem, że Sajnóg pojawi się w filmie. Owszem, chciałem do niego dotrzeć, ale byłem też w pełni gotowy na to, że do niego nie dostanę, albo że po prostu odmówi. I rzeczywiście: na początku odmówił. Ale potem się zgodził: to był długi wieczór trudnych rozmów. 

Sajnóg jeszcze kilka razy zmieniał zdanie: nie przyszedł na specjalny pokaz przedpremierowy dla bohaterów, współtwórczyń i współtwórców filmu. Wydał oświadczenie, w którym pisał, że pokazano w nim nieprawdę. Potem się jednak przekonał. Tym bardziej, że okazało się, że film bardzo ułatwił mu powrót do życia. 

Szybko zrobiło się o nim głośno za sprawą dwóch tekstów: jego własnej książki i artykułu na jego temat w "Gazecie Wyborczej". Ta pierwsza mogła być sporym zaskoczeniem dla wszystkich, którym pisarstwo Sajnóga kojarzyło się z Totartem, a zwłaszcza z "flupami". Zatytułowana była "Na przykładzie Gdańska" i zawierała kompleksową, momentami dość błyskotliwą, jak przystało na dawnego guru awangardowej grupy artystycznej, analizę społecznej, ekonomicznej i kulturowej sytuacji w tym mieście i swej własnej życiowej historii.

Sajnóg dochodził do druzgoczącego wniosku: "Gdańsk jest miastem katastrofy intelektualnej". Pisał w książce m.in. o tym, że potencjał miasta drenowany jest przez zagraniczne korporacje, budujące swoje biurowce nawet w samym centrum, o tym, że Gdańsk nie dba o swoje architektoniczne skarby mniej znane niż Dwór Artusa czy Żuraw, a zabytków rozebrano już więcej niż odbudowano po wojnie. Kwestionował nawet listę patronów gdańskich tramwajów.

YouTube.com
Zbigniew Sajnóg w w filmie dokumentalnym "Esej Gdański"Źródło: YouTube.com

Trudno uznać za przypadek, że książka ukazała akurat przed wyborami samorządowymi, w których z urzędującym wówczas prezydentem Pawłem Adamowiczem rywalizował Kacper Płażyński, kandydat wysunięty przez PiS. Kacper jest synem Macieja Płażyńskiego, jednego z najbardziej rozpoznawalnych i popularnych polityków na Pomorzu, który razem w 2001 r. z Donaldem Tuskiem zakładał Platformę Obywatelską. Potem Maciej Płażyński zbliżył się do PiS i popierał Lecha Kaczyńskiego. Zginął w katastrofie smoleńskiej 10 kwietnia 2010 r.

Jeszcze bardziej nie jest przypadkiem, że Sajnóg w momencie wydania książki był oficjalnie współpracownikiem Kacpra Płażyńskiego, potem zaś, gdy ten dostał się do Sejmu (wybory prezydenckie z Adamowiczem przegrał, zdobył w drugiej turze 35 proc.), został pracownikiem jego biura. 

W skandalizującym tonie opisał to jesienią 2018 roku w "Gazecie Wyborczej" Krzysztof Katka, który postawił tezę, że: "przeszłość Sajnóga (...) może być szokująca dla konserwatywnego elektoratu".

Artykuł wywołał spore poruszenie. Głos zabrali ci, którzy bronili Sajnóga. Jednym z nich był Bartosz Paduch, który w swoim liście otwartym stawał po stronie współpracownika Płażyńskiego w imieniu zarówno własnym, jak i posła. Pisał wtedy: "Zbigniew Sajnóg, jak każdy, ma prawo się zmienić, tak jak mówi też Kacper Płażyński: 'fakt, iż ktoś stał się w przeszłości ofiarą działalności sekty, nie może w żaden sposób wykluczać takiej osoby z życia społecznego czy publicznego'".

- Wku.....m się wtedy mocno - dodaje dziś. - To było jak wyciagnięcie dziadka z Wehrmachtu. Próba utopienia porządnego człowieka. A Sajnóg jest, w jakimś sensie, apolityczny, więc próba wkręcenia go w te polityczne gierki była wyjątkowo niesmaczna. Wszyscy się zmieniamy. Sajnóg dostał za swoje już wystarczająco. Każdy powinien dostać drugą szansę. 

YouTube.com
Zbigniew Sajnóg w programie Ocaleni TVPŹródło: YouTube.com

W obronie Mesjago list napisał także Tymon Tymański: "Co do Nieba – do licha, wielu ludzi błądzi, trafia do sekt, pracuje w korporacjach, ma wstydliwe życiowe epizody zawodowe. I jakoś wychodzi z tego wszystkiego obronną ręką. (...) Jestem dumny ze Zbigniewa, jego powrotu na łono społeczeństwa oraz gdańskiej społeczności artystycznej. Bardzo cieszę się z jego obecnej obywatelskiej postawy życiowej, zdroworozsądkowej kreatywności, społecznego zaangażowania. (...) Bo bardzo wierzę w autentyczność jego przemiany".

Pytany o Sajnóga Kacper Płażyński mówił w 2018 r: – Chcę jednoznacznie powiedzieć, że fakt, iż ktoś stał się w przeszłości ofiarą działalności sekty, nie może w żaden sposób wykluczać takiej osoby z życia społecznego czy publicznego.

- Mówiąc o Zbyszku Sajnógu i Pawle Konnaku, czuję się jak ich młodszy brat – dodaje dziś Tymon. - To moi przyjaciele, z którymi razem walczyłem w Wietnamie. Zbyszek stracił nogę, Końjo rękę, a ja oko. Wszyscy coś straciliśmy. Młodość, świeżość, energię. Zyskaliśmy natomiast mądrość, dystans i współczucie. Uważam, że Sajnóg wraca do normy i bardzo mnie to cieszy, choć myślę, że nie jest mu łatwo wybaczyć samemu sobie. Wszyscy żądają od niego przeprosin, wyjaśnień, sprawozdań. Ja nie. Ja go po prostu kocham i akceptuję jak członka własnej rodziny.

Dzisiejszy Zbyszek przede wszystkim próbuje pomagać innym. Mając swe traumatyczne doświadczenia, może iść do ludzi i powiedzieć: "Byłem w sekcie. Wiem, co to znaczy być workiem trocin na usługach egotycznego wariata. Wiem też, co to jest wrócić na łono społeczeństwa i starać się być użytecznym. Przeszedłem swoje, dziś możecie mi zaufać". I ludzie mu ufają. Ja mu ufam. Moim zdaniem to dobry, szlachetny człowiek, który stara się zadośćuczynić za swoje dawne błędy. I wierzę, że stać go na dużo więcej, jeśli chodzi o sztukę. Teraz w zasadzie zajmuje się czymś innym, ale jestem pewien, że jego talent, dyscyplina literacka oraz intelektualna charyzma mogą przynieść efekty na miarę jego dawnych osiągnięć artystycznych. 

- Nie chcę oceniać szlachetności Tymona - komentuje Konnak. - Ale nie chcę też rozmawiać z Sajnógiem. To biedny człowiek

Przez kilka dni powstawania tego tekstu nie udało nam się skontaktować z samym Zbigniewem Sajnógiem. Nie odbierał telefonu, nie odpowiadał na SMS-y z prośbą o rozmowę. Jego oficjalne miejsce pracy, czyli gdańskie biuro poselskie Kacpra Płażyńskiego, jest od wielu tygodni zamknięte z powodu pandemii. A jako kontakt do biura w internecie widnieje jedynie... komórka Sajnóga. Koło się zamyka.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl
d10g5gn

Podziel się opinią

Share
d10g5gn
d10g5gn