Trwa ładowanie...

Pojechała do Berlina, by ratować wzrok. Kruszewska wraca do zdrowia

Najpierw udar, następnie walka o wzrok. Była żona Andrzeja Grabowskiego przeżyła piekło. Dzięki pomocy specjalistów ma szansę na normalne życie.

Share

W artykule znajdują się linki i boksy z produktami naszych partnerów. Wybierając je, wspierasz nasz rozwój.

Pojechała do Berlina, by ratować wzrok. Kruszewska wraca do zdrowiaŹródło: ONS.pl
d2jhlmm

Z problemami zdrowotnymi zmaga się od 2015 r. To właśnie wtedy trafiła do szpitala, w którym zdiagnozowano u niej udar mózgu.

- Któregoś poranka obudziłam się i niedowidziałam - wyznała Kruszewska w rozmowie z "Dobrym Tygodniem".

Był to dopiero początek serii niefortunnych zdarzeń. Kiedy wydawało się, że sytuacja jest pod kontrolą, Anita przeszła kolejny udar. Problemy ze wzrokiem zaczęły się u niej nasilać. Regularnie traciła wzrok i była zmuszona porzucić pracę charakteryzatorki. Na domiar złego, w 2016 r. rozstała się z Andrzejem Grabowskim, który przestał się interesować stanem zdrowia swojej żony. Bezradna kobieta postanowiła szukać pomocy poza granicami naszego kraju.

Kruszewska wyjechała do Berlina i Insbrucka. Dopiero tamtejsi specjaliści ustalili źródło problemu. Po zastosowaniu odpowiedniej terapii jej stan zaczął się poprawiać.

d2jhlmm

- Nie chcę zapeszać, ale dostałam dobre lekarstwa i wszystko jest na dobrej drodze - powiedziała Anita w rozmowie z "Faktem".

Choć nie może jeszcze powiedzieć, że jest w pełni zdrowa, to z optymizmem patrzy w przyszłość.

- Epizody niewidzenia zdarzają się już sporadycznie. Do pracy w zawodzie powolutku wracam. Pierwsze próby podjęłam skutecznie, w towarzystwie osób, które zdobyły się na ogrom cierpliwości i udało się - dodała była żona Andrzeja Grabowskiego. Trzymamy kciuki za szybki powrót do zdrowia.

icon info

W artykule znajdują się linki i boksy z produktami naszych partnerów. Wybierając je, wspierasz nasz rozwój.

d2jhlmm
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d2jhlmm
d2jhlmm